Mało pracował, więc nie ma renty

    Mało pracował, więc nie ma renty

    Zbigniew Marecki

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    Halina Daniszewska z synem Arturem.

    Halina Daniszewska z synem Arturem. ©Sławomir Żabicki

    Halina Daniszewska już od czterech lat zajmuje się synem, który jest w śpiączce. Jest jej bardzo ciężko.
    Halina Daniszewska z synem Arturem.

    Halina Daniszewska z synem Arturem. ©Sławomir Żabicki

    Opinia

    Opinia


    Ewa Dusza, rzecznik prasowy słupskiego oddziału ZUS

    - Zdajemy sobie sprawę z trudnego położenia pani Haliny, ale nie jesteśmy w stanie jej pomóc. Rzeczywiście pani Daniszewska starała się o różne formy świadczeń na rzecz jej syna. Nie mogła ich jednak otrzymać, bo jej syn oficjalnie zbyt krótko pracował i przez wystarczający czas nie płacił składek ubezpieczeniowych. Nie spełnił więc stawianych w takiej sytuacji wymogów formalnych. Dlatego teraz jedyną możliwością jest zabieganie o zasiłek z pomocy społecznej. Niestety, takie sytuacje zdarzają się coraz częściej. Osoby, które godzą się na pracę na czarno, powinny brać pod uwagę konsekwencje takiego postępowania.



    Jednak na rentę dla niego nie może liczyć, bo syn za krótko pracował.

    Dzień 21 marca 2004 roku pani Halina Daniszewska z Siemianic zapamięta do końca życia. To wtedy jej 29-letni syn Artur poszedł na dyskotekę w Berlinie. W czasie zabawy zatrzymała go niemiecka policja pod zarzutem posiadania narkotyków. Trafił do aresztu.

    - Potem dowiedziałam się, że Artur wieszał się w areszcie - opowiada pani Halina. - Nie wiem, co się tam stało. Jedno jest pewne: po kilku tygodniach wydano chłopaka w śpiączce.

    Rehabilitacja do tej pory nic nie dała, 33-letni dziś mężczyzna nie odzyskał przytomności. - Ja jednak widzę zmiany na lepsze. On mi nawet pomaga, gdy mu się skarżę, że jest mi bardzo ciężko - mówi pani Halina, która po śmierci męża opiekuje się synem sama. - Mam jeszcze dwie córki, ale one mają własne życie i nie mogę od nich wymagać, aby mi cały czas pomagały - tłumaczy matka. Jednak nie chce słyszeć o oddaniu syna do specjalnego ośrodka.

    - Boję się, że tam by się szybko zmarnował - przekonuje. Kobieta ma 570 zł renty, 640 zł emerytury po mężu i 153 złote zasiłku opiekuńczego. - To musi mi starczyć na wszystkie wydatki, a tylko na Artura miesięcznie wydaję przeszło 700 złotych - wylicza pani Halina.

    Czasem może liczyć na wsparcie Gminnego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Ostatnio dostała 350 złotych, ale potrzeby są o wiele większe, bo musi kupić łóżko rehabilitacyjne czy specjalny wysięgnik do przewożenia Artura do łazienki.

    - Liczyłam, że dojdzie do wyjaśnienia okoliczności, w jakich Artur stracił przytomność, ale w grudniu Europejski Trybunał Praw Człowieka poinformował mnie, że dla niego sprawa jest zamknięta, bo nie wyczerpałam procedury i w porę nie skierowałam skargi do sądu w Niemczech.

    Próbowała także występować oświadczenia dla Artura od ZUS. - Pisałam nawet do pani prezes o przyznanie renty specjalnej, ale bezskutecznie - dodaje pani Halina.

    Nie ukrywa, że od pewnego czasu zadłuża się. Ma kłopoty z płaceniem rachunków i spłatą zaciągnięto kilka lat wcześniej kredytu. - Gdyby nie wsparcie pracowników stacji Joannitów, którzy od czasu do czasu udzielają mi pomocy rzeczowej, to byłoby bardzo źle. A przecież moja opieka nad synem jest tańsza, niż gdyby trafił on do jakiegoś ośrodka - przekonuje pani Halina.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (7)

    Wszystkie komentarze (7) forum.gp24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo