Zbrodnia w młynie

    Zbrodnia w młynie

    Inga Domurat inga.domurat@gk24.pl

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    - To pod tym mostkiem znaleziono zwłoki młynarzowej i jej siostry. Wtedy była tu woda i dopiero po spuszczeniu zastawy opadła, odsłaniając ciała - mówi

    - To pod tym mostkiem znaleziono zwłoki młynarzowej i jej siostry. Wtedy była tu woda i dopiero po spuszczeniu zastawy opadła, odsłaniając ciała - mówi Krzysztof Sapała. ©Fot. Inga Domurat

    Sala wypełniona była po brzegi. Drzwi z ledwością się domykały. Szepty ucichły, kiedy sędzia ogłaszał wyrok.
    - To pod tym mostkiem znaleziono zwłoki młynarzowej i jej siostry. Wtedy była tu woda i dopiero po spuszczeniu zastawy opadła, odsłaniając ciała - mówi

    - To pod tym mostkiem znaleziono zwłoki młynarzowej i jej siostry. Wtedy była tu woda i dopiero po spuszczeniu zastawy opadła, odsłaniając ciała - mówi Krzysztof Sapała. ©Fot. Inga Domurat

    Kara śmierci dla trzech z pięciu oskarżonych. Chociaż minęło już 60 lat, sprawa mordu w świdwińskim "starym młynie" wciąż budzi emocje i wiele wątpliwości.

    Udało nam się dotrzeć do osób, które były w sali rozpraw, do tych, którzy o zbrodni i wyroku słyszeli z opowieści dziś nieżyjących bliskich oraz do publikacji opartych na materiałach śledztwa prowadzonego przez ówczesną milicję i funkcjonariuszy UB w Białogardzie.

    Ciała raniły kule i ciosy nożem

    Był 3 września 1947 roku. Wanda zajechała do młyna, by zostawić tu grabie. Nikogo nie było. Na korytarzu, schodach i w pokoju kobieta ujrzała ślady krwi. Przerażona szukała ludzi. Ciało młynarza Czesława Grynia leżało w trawie obok młyna.

    Podziurawione kulami, poranione nożem. Wezwała milicję. To mundurowi odnaleźli zwłoki młynarzowej i jej siostry. Zabójcy wrzucili ciała do rzeki Regi pod mostkiem przy młynie. Tyle mówią oficjalne akta. A ludzie?

    Do dziś żyją tacy, którzy o okolicznościach tej zbrodni mówią co innego. Ich zdaniem ciała znalazł ktoś, kto do młyna przyszedł po mąkę.

    - Z tego, co wiem, to młynarz zginął od dwóch kul. Siedział w pokoju, kiedy morderca wystrzelił z pistoletu, widząc swoją ofiarę przez okno - mówi pan Bernard, który znał rodzinę Gryniów, był na procesie i po zbrodni, będąc urzędnikiem w mieście, zaopiekował się koniem i psem ofiar.

    - Żonę i jej siostrę banda znalazła na górze młyna. Tam walczyły o życie. Uciekły, ale zostały przed młynem złapane i zadźgane nożami na śmierć, a potem wrzucone do rzeczki. Ocalała tylko córka Gryniów, która w tym czasie była w szkole w Bydgoszczy.
    Tam uczyła się w szkole muzycznej i tam też mieszkała u krewnych. Wróciła tylko po majątek po rodzicach. Przyszła i do mnie po konia i psa, i wróciła do Bydgoszczy. Nigdy jej tu potem w Świdwinie nie widziałem.

    Stare publikacje dotyczące tej zbrodni podają, że córka Gryniów uczyła się w Białogardzie. Nieścisłości jest więcej.

    Na miasto padł blady strach

    Białogardzka bezpieka śledztwo, ujęcie przestępców i rychły wyrok przypisywała sobie jako ogromny sukces. - Po tej zbrodni w Świdwinie wybuchła panika, ludzie się bali, nie wpuszczali obcych do domu, nawet wzmacniali wejścia do domów - mówi Krzysztof Sapała, który o wydarzeniach z września 1947 roku dowiedział się od swojej nieżyjącej już babci.

    - Nic dziwnego, że winnych trzeba było znaleźć jak najszybciej, by ludzi uspokoić, by życie wróciło do normy. No i znaleziono podejrzanych zaledwie kilka dni po zbrodni. Odbyła się tylko jedna rozprawa, na którą władze spędziły tłum ludzi. To miała być pokazówka. I była.

    Trzech skazanych na śmierć

    Ci, którzy byli na procesie, pamiętają, że przyszły tłumy. Ludzie znali oskarżonych, to nie byli chłopcy ze złych domów. Kto chciał, to sobie tłumaczył, że zabili, bo chcieli szybko mieć pieniądze, bo powojenna bieda im doskwierała. Inni wątpili, czy złapano zbrodniarzy. Oskarżeni jednak przyznali się do winy.

    - No tak, ale kto się wtedy nie przyznawał, każdy - dodaje Krzysztof Sapała. - Zrobili to i bracia szewcy z ulicy Kościuszki, blacharz z ulicy Szczecińskiej i jego dwóch kolegów.

    Trzech pierwszych dostało wyroki śmierci, dwóch pozostałych kilka lat odsiadki. Podobno ludzie byli zszokowani, ale odetchnęli z ulgą. Wierzyli i do dziś większość wierzy, że skazani zostali właściwi ludzie.

    - Ja rozmawiałem po latach z jednym z tych, co za tę zbrodnię siedzieli w więzieniu - mówi pan Bernard. - Nie chciał mówić o szczegółach, ale żałował i nawet jednego słowa nie powiedział o swojej niewinności. Dziś już nie żyje.

    Ubecka prowokacja

    Skazanych złapano na innym, nieudanym napadzie. Był to wynik prowokacji. Ubecy wykorzystali do tego kolegę później skazanych mężczyzn. Miał namówić kumpli, by obrabowali mieszkanie byłego oficera Wojska Polskiego.

    Napad zaplanowano na sobotę, 13 września, gdy właściciele lokum mieli bawić się na zabawie tanecznej.

    Sprowokowany napad był pretekstem do przeszukań w domach sprawców i do ich ujęcia. Nie obyło się bez strzelaniny, w której kilka osób zostało rannych, a nowy kumpel skazanych, podstawiony przez UB, zmarł postrzelony w kręgosłup. Rabusie uciekali w popłochu. Jednego złapano dopiero w Nielepie.

    Ta wersja nie jest jedyna. Według relacji mieszkańców Świdwina, celem tego sprowokowanego napadu miało być mieszkanie przy ul. Armii Czerwonej, należące do malarza Albrechta, który właśnie sprzedał samochód i uchodził za zamożnego człowieka.

    Znaleziono dowody

    Przeszukania dostarczyły potrzebnych do oskarżenia dowodów. Odzyskano między innymi skradzione buty młynarza oraz kilka przedmiotów pochodzących z innych kradzieży.

    Śledztwo wykazało, że wszyscy domownicy musieli zginąć, bo młynarz rozpoznał blacharza. Inicjatorami napadu, a w efekcie mordu, mieli być bracia szewcy, którzy potrzebowali zapasów skóry do reperowania butów. Dlatego ukradli skórzaną kurtkę i skórzany pas transmisyjny z młyna.

    Do dzisiaj słychać jednak głosy, że to nie była zbrodnia na tle rabunkowym, lecz że w grę wchodziły porachunki polsko-ukraińskie.

    Dziwne było bowiem, że mordercy nie zdjęli obrączek z palców Gryniów. No i niektóre dowody były wątpliwe. Jednym miały być ślady krwi na butach blacharza. Jednak nie potwierdzono badaniami, że należała do którejś z zamordowanych osób. Nie wykluczono więc wersji oskarżonego i ostatecznie skazanego na śmierć, według której to była krew zabitej kury.

    Wyrok śmierci na trzech skazanych mordercach wykonany został w styczniu 1948 roku.

    Wiesz? Zadzwoń!

    Prowadzący śledztwo w tej sprawie oraz skazani na karę więzienia dziś już nie żyją albo wyjechali z naszego regionu przed laty. Naszą wiedzę oparliśmy więc na dawnych publikacjach i relacji świadków tamtych wydarzeń i ich rodzin.

    Jeśli jednak wśród Was, drodzy Czytelnicy, są osoby, które wiedzą więcej o tym nadal zagadkowym mordzie, są spokrewnieni ze skazanymi i od nich znają inny bieg zdarzeń, prosimy o kontakt. Czekamy na nowe informacje od poniedziałku do piątku pod nr. tel. 094 347-35-19.

    Komentarze (1)

    Wszystkie komentarze (1) forum.gp24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo