Znowu wsadza do kosza

    Znowu wsadza do kosza

    Sylwia Zarzycka sylwia.zarzycka@gk24.pl

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    Sebastian Balcerzak po ciężkim wypadku rozpoczął trening. Szybciej niż ktokolwiek śmiałby przypuszczać. Ale czy zagra jeszcze w barwach koszalińskiego

    Sebastian Balcerzak po ciężkim wypadku rozpoczął trening. Szybciej niż ktokolwiek śmiałby przypuszczać. Ale czy zagra jeszcze w barwach koszalińskiego AZS-u, nie wiadomo. ©Fot. Piotr Czapliński

    Balcer! Balcer! - krzyczeli na meczach kibice. Nawet ci Czarnych Słupsk, od wieków walczących z koszalińskim klubem.
    Sebastian Balcerzak po ciężkim wypadku rozpoczął trening. Szybciej niż ktokolwiek śmiałby przypuszczać. Ale czy zagra jeszcze w barwach koszalińskiego

    Sebastian Balcerzak po ciężkim wypadku rozpoczął trening. Szybciej niż ktokolwiek śmiałby przypuszczać. Ale czy zagra jeszcze w barwach koszalińskiego AZS-u, nie wiadomo. ©Fot. Piotr Czapliński

    I to był taki sportowy cud, zgoda ponad podziałami. A Balcer, czyli Sebastian Balcerzak, leżał w szpitalu. - Gdyby ktoś dał mi wtedy pistolet, strzeliłbym sobie w łeb - mówi dziś.

    Sebastian Balcerzak to taki typ, któremu wszystko się udawało. Nie potrafi sobie przypomnieć jakichś większych życiowych porażek. - Jakoś wszystko gładko szło - podsumowuje krótko.

    Wystarczy spojrzeć w życiorys: rocznik 1980, zaczynał w swoim rodzimym mieście, Białogardzie, gdzie trafiał do kosza dla miejscowego Orła. W 1996 roku przeniósł się do Koszalina, do AZS-u. Od sezonu 2005/2006 był kapitanem drużyny.

    Znawcy koszykówki pisali o nim: "niesamowicie waleczny zawodnik do zadań specjalnych". "Coraz lepszy w rzutach z dystansu". Do tego dobre warunki fizyczne: 194 cm wzrostu, 100 kg wagi. Jednym słowem: kariera sportowa na naszym lokalnym rynku leżała u jego stóp, ta ogólnopolska była na wyciągnięcie ręki.

    Przegonił demony

    Tak było do 22 stycznia tego roku. Było około godz. 18, gdy koszykarz jechał renault clio z Białogardu do Koszalina. Padał deszcz ze śniegiem. Na prostej drodze Balcerzak stracił panowanie nad kierownicą, auto wpadło w poślizg i uderzyło w jadącego z naprzeciwka opla astrę.

    Nieprzytomny Balcerzak trafił do szpitala. Groźny uraz stopy, stawu biodrowego, łokcia, pęknięcie podstawy czaszki, obrzęk mózgu. "Nie wróci do sportu", "Nie wiadomo, czy stanie na nogi" - taka była cicha diagnoza.

    Mówi, że nikt mu wtedy wprost nie powiedział, że jest źle. Ale przecież widział, co się dzieje. Najgorzej było na OIOM-ie, gdy lekarze po kilku dniach wybudzili go z farmakologicznej śpiączki. - Było ze mną kiepsko - podsumowuje krótko.

    Budziły się demony. - Gdyby wtedy ktoś dał mi pistolet, to strzeliłbym sobie w łeb - dodaje. Na szczęście, gdy leżał na szpitalnym łóżku i w głowie kłębiły mu się czarne myśli, przypominał sobie słowa: "modlitwa ma większą moc niż bomba atomowa".

    - Jan Paweł II to powiedział. Nie wiem, dlaczego odgrzebałem je w swojej pamięci. Poprosiłem mamę, żeby przyniosła mi książeczkę do nabożeństwa. Nawet się nie zdziwiła, choć nigdy zbytnio religijny nie byłem. Ot, tak jak większość młodych ludzi. O kościele mówiłem takie rzeczy, że teraz się ich wstydzę - stwierdza. - Ale teraz wierzę w cuda - dodaje.

    Znalazł w sobie siłę

    - Zawsze lubiłem walczyć, być może mam to ze sportu. Postanowiłem, że się nie poddam - wspomina. Zatelefonował do niego prezes Anwilu Włocławek, Zbigniew Polatowski.

    Powiedział, że jego klub zapewni koszykarzowi specjalistyczną rehabilitację. Zrobił to ot tak, po prostu. - Jestem mu za to bardzo wdzięczny, choć szczerze mówiąc, to wtedy bardziej niż o rehabilitacji myślałem o tym, żeby mi drut spod kolana wyciągnęli - uśmiecha się dziś Sebastian Balcerzak.

    Gdy już w domu obejrzał zdjęcia zrobione w koszalińskim szpitalu i zobaczył siebie zabandażowanego, w fatalnym stanie, z nogą na wyciągu, to się przestraszył.

    - Wyglądałem strasznie - wspomina. - Na tym wyciągu leżałem bardzo długo. Szczękę miałem zadrutowaną, więc mogłem jedynie pić. Schudłem 25 kilogramów.
    Mówi, że w szpitalu był traktowany tak jak inni pacjenci, ale wszystko, co wokół niego zrobiono, zasługuje na największą pochwałę.

    Poskładany został w mistrzowski sposób. - Wystarczy powiedzieć, że miałem piętnaście odłamków w samej tylko kości śródstopia. Doktor Wójcikowski (koszaliński ortopeda - dop. red.) połączył je wspaniale. Tak samo jak całą resztę. Najgorzej było z ręką. Dość długo się zrastała - wspomina. Gdy potem trafił przed oblicze międzynarodowej sławy, ortopedy Marka Krochmalskiego, ten przetasował plik zdjęć rentgenowskich i powiedział: "Dobra robota".

    Na tobie świat się nie kończy

    Ale zanim to powiedział, była rehabilitacja w szpitalu w Białogardzie. Koszykarz leżał w trzyosobowej sali. - Ale nie rozmawialiśmy między sobą za bardzo o tym, co się komu przydarzyło - opowiada. - Pewnie dlatego, żeby nie rozgrzebywać zbyt świeżych ran. Zresztą ja dopiero tam zobaczyłem prawdziwe nieszczęście.
    Ludzi przykutych do łóżka. Takich, którzy nie mają nawet co marzyć o tym, by samodzielnie usiąść. Popatrzyłem w lustro i powiedziałem do siebie: "Na tobie świat się nie kończy". Od tamtej pory mam ogromny szacunek dla ludzi niepełnosprawnych. Ja, można powiedzieć, zaledwie liznąłem kalectwa.

    Ale wiem, jak trudno nauczyć się chodzić o kulach. Jak bardzo może przeszkadzać i psychicznie boleć brak kontroli nad własnym ciałem, fizyczna niemoc. Ktoś, kto tego nie doświadczył, nie jest w stanie zrozumieć, co się wtedy z człowiekiem dzieje. Jak leżałem w szpitalu, to przychodzili do mnie różni ludzie. Mówili: "Nie martw się, wszystko będzie w porządku". A ja sobie myślałem: "Co ty człowieku wiesz. Nie masz pojęcia, jak ja się czuję i co myślę".

    Dam sobie radę

    Po rehabilitacji w Białogardzie koszykarz trafił do Włocławka. - Pojechałem tam 2 czerwca. Doktor Krochmalski po obejrzeniu zdjęć powiedział: "Odrzuć kule". No to odrzuciłem. Nie, żebym od razu zbiegł ze schodów, ale powolutku z nich zszedłem - wspomina koszykarz. Jakie to uczucie chodzić bez kul? - Wielka radość i myśl, że nie jest ze mną najgorzej - mówi.

    Wrócił do domu i tu pod okiem swojego ojca, trenera lekkoatletyki, rozpoczął treningi. Wszystko powoli, bo strach, że jakaś kość nagle trzaśnie, jest olbrzymi. A więc truchtanie, bieganie. - Pamiętam, to było 20 lipca, wtedy postanowiłem sobie, że wrócę na parkiet - mówi.

    Na razie o prawdziwym powrocie na parkiet nikt głośno nie mówi. Balcerzak rozpoczął jednak treningi. Znaczne szybciej niż ktokolwiek śmiałby przypuszczać. - Chciałbym dołączyć do drużyny, bo przecież koszykówka to moja miłość - mówi koszykarz. - Coś, czemu poświęciłem całe moje dotychczasowe życie. Ale czy wrócę?

    Tego nie wiem. Wszystko zależy od klubu. Na razie czekam, trenuję, bo taka zwykła sprawność, a sprawność sportowa, to dwie różne rzeczy. Cieszę się z tego, że mogę już zrobić wsad do kosza, bo nie tak dawno nawet o tym nie marzyłem. Ale nie upieram się przy tym, że muszę grać zawodowo i to akurat w Koszalinie. Jak trzeba będzie, to wyjadę. Skończyłem studia. Dam sobie radę. Co bym powiedział młodym ludziom, którym tak jak mi w jednej chwili świat zawalił się na głowę? Dałbym im książeczkę do nabożeństwa.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo