Harbin, moja miłość

    Harbin, moja miłość

    Mariusz Nowicki mariusz.nowicki@gp24.pl

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    Przedstawienie amatorskiego teatru w Gospodzie Polskiej. Pani Jadwiga pierwsza z lewej.

    Przedstawienie amatorskiego teatru w Gospodzie Polskiej. Pani Jadwiga pierwsza z lewej.

    Jadwiga Pomierska do Szczecina, a potem do Słupska trafiła po drugiej wojnie światowej aż z dalekich Chin.
    Przedstawienie amatorskiego teatru w Gospodzie Polskiej. Pani Jadwiga pierwsza z lewej.

    Przedstawienie amatorskiego teatru w Gospodzie Polskiej. Pani Jadwiga pierwsza z lewej.

    Tam urodziła się i mieszkała przez ćwierć wieku.

    Historia Polaków w Mandżurii jest ściśle związana z budową w latach 1897-1903 kolei wschodnio-chińskiej. Na Daleki Wschód przybyło wówczas kilka tysięcy polskich inżynierów, techników, kolejarzy, robotników i urzędników.

    Byli oni nie tylko budowniczymi tej jednej z najważniejszych magistrali kolejowych w Chinach, ale także założycielami wielkiego dziś chińskiego miasta - Harbina.

    Ojciec - ważna persona

    Wraz z tysiącami swych rodaków na Daleki Wschód trafił także ojciec pani Jadwigi - Władysław Pomierski.

    - Tato pojechał do Harbina do pracy. Na kolei potrzebowali wykształconych ludzi, a że wśród Rosjan ich brakowało, chętnie przyjmowali Polaków - mówi pani Jadwiga. - Ojciec skończył uniwersytet w Wilnie i dostał pracę w zarządzie kolei, a w tamtych czasach ktoś taki był bardzo ważną personą.

    Mama w ogóle nie musiała pracować. Zajmowała się domem, ale mieliśmy też służbę. W Harbinie, tak jak wielu Polakom, żyło się nam bardzo dobrze. Na przykład mamę stać było na to, żeby jeździć z Harbina do sanatorium w Ciechocinku pociągiem.

    I to nie byle jakim. Z Harbina do Ciechocinka kursowały ekskluzywne pociągi z luksusowymi wagonami Pullmana, których nie powstydziłby się nawet słynny Orient Ekspress. Zarząd kolei potrafił dbać o swoich pracowników. - Nawet jak ojciec już nie pracował, to mnie do 18. roku życia wypłacali coś w rodzaju renty. A tato, jak odchodził z kolei, to dostał w dowód uznania medal z prawdziwego złota. Na jednej stronie był wizerunek Cara Mikołaja II, a na drugiej dwugłowy orzeł - wspomina słupszczanka.

    Miasto tolerancji

    Harbińska społeczność była międzynarodowa - mieszkali tu między innymi Chińczycy, Japończycy, Koreańczycy, Rosjanie, Niemcy i Polacy. Te wszystkie tak odmienne kulturowo społeczności żyły ze sobą w niezwykłej symbiozie.

    - Nie było etnicznych enklaw, nikt nikomu nie wytykał pochodzenia czy wiary - opowiada pani Jadwiga. - Kościół katolicki stał obok świątyni chińskiej, a synagoga obok prawosławnej cerkwi.

    Wspólnemu życiu towarzyszyło życzliwe wzajemne zainteresowanie. Wspólnie uczestniczono zarówno w świeckich, jak i kościelnych świętach. - Co roku mieliśmy bardzo piękne procesje na Boże Ciało. Całe tłumy ludzi szły przystrojonymi ulicami, a Chińczycy specjalnie wstrzymywali ruch, żeby nic nie zakłócało procesji. I szli też razem z nami. Wielu z nich było katolikami. Inni wychodzili na ulice, żeby sobie obejrzeć całą ceremonię. Tak samo my przychodziliśmy popatrzeć na ich święta - wspomina nasza bohaterka.

    Dodaje, że Chińczycy zawsze byli mili, uprzejmi i niesłychanie życzliwi. Wielu z nich zajmowało się rodzaju usługami. Każdą dzielnicę co kilka dni odwiedzał pan "złota rączka", który chodził od domu do domu i pytał, czy nie trzeba czegoś naprawić, naostrzyć noży, a może przyszyć guziki do ubrania. Wszystko potrafili zrobić. Przychodzili także handlarze oferujący różne towary.

    Płyty z Kiepurą

    Życie kulturalno-towarzyskie harbińskiej Polonii koncentrowało się wokół Gospody Polskiej. Tu organizowano spotkania, wieczorki, bale i przedstawienia teatralne.
    - Dla młodzieży było bardzo dużo zajęć. Nie to, co dzisiaj. Graliśmy w madżangę, w siatkówkę, ping-ponga, w co kto chciał.

    Była też biblioteka i duży zbiór płyt z Polski, których można było posłuchać - opowiada pani Jadwiga. - Chodziliśmy też do kina. Bilet kosztował tylko 10 kopiejek. Czasami oglądaliśmy jeden film za drugim. Różne wyświetlali - amerykańskie, niemieckie i polskie też. W Harbinie oglądałam nawet filmy z Janem Kiepurą.

    Oczywiście słuchaliśmy też, jak śpiewał. Do Polski przywiozłam 12 płyt z piosenkami Kiepury i jego żony Marty Eggerth. W Harbinie był wielki sklep, w którym pojawiały się wszystkie nowości. Sprzedawcy wiedzieli, że szaleję za Kiepurą i specjalnie odkładali dla mnie jego płyty.

    Kąpielisko Sungari

    Życie towarzyskie toczyło się także nad brzegami rzeki Sungarii. Latem miejskie kąpielisko zamieniało się w kompleks rozrywkowo-wypoczynkowy z prawdziwego zdarzenia. Anglicy prowadzili jacht-club, a nad samą rzeką była restauracja.

    Zimą natomiast rzeka zamarzała i zamieniała się w wielkie lodowisko. - Chińczycy robili też wielką sztuczną górę, a na niej tor saneczkowy, z którego korzystaliśmy - mówi słupszczanka.

    Lód z rzeki wykorzystywano też w inny sposób. Dawniej nie było w domach lodówek, więc do chłodzenia potrzebne były specjalne pomieszczenia. - Niektórzy mieli takie miejsce w piwnicy, ale my akurat w osobnym budynku. Zimą zamawiało się lód u Chińczyka, a on wyrąbywał z rzeki olbrzymie bryły i przywoził je do takiej chłodni. Starczało aż do lata - dodaje.
    Pani Jadwiga z koleżanką na spacerze w Harbinie.

    Uczniowie i nauczyciele polskiego gimnazjum przed polskim kościołem. Wśród nich nauczyciel Japończyk.

    Ale Sungari pamięta też dramatyczne chwile. - Gdy przyszli Kozacy, kazali Chińczykom wchodzić do wody i płynąć do drugiego brzegu. A Sungari jest tak wielka, że drugi brzeg ledwie widać. Wielu ludzi straciło wtedy życie. W naszym domu był pewien Chińczyk, który pomagał nam w różnych pracach. Jemu też kazali wtedy płynąć. I jemu się udało. Z całej rodziny tylko jemu, reszta się utopiła - wspomina pani Jadwiga.

    Jedwab za Pearl Harbor

    W 1932 roku w Harbinie pojawili się Japończycy. Gdy wprowadzili swoje rządy, oznaczyli mieszkańców miasta okrągłymi różnokolorowymi znaczkami, które trzeba było mieć przypięte do ubrania w widocznym miejscu. Kolory znaczka zależały od narodowości. - Polakom dawali żółte, Rosjanom białe. Chyba chodziło im o to, żeby wiedzieli, z kim mają do czynienia.

    Bo Japończycy bardzo różnie ludzi traktowali. Polaków szanowali i dawali im spokój, ale Rosjan nie cierpieli - mówi słupszczanka. - Chińczyków traktowali gorzej niż zwierzęta. Pamiętam, jak zaczęli szykować się do wojny z Ameryką. W skałach drążyli ogromne tunele, w których coś magazynowali. Nie wiem, czy była to broń czy żywność. W tych tunelach kazali pracować Chińczykom, ale kto tam poszedł, już nie wracał do domu.

    Za rządów japońskich wprowadzono talony na zakup różnych towarów. - Na produkty, materiały, wszystko było na talony. Ale kiedy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, to mieli wielkie święto i wszystkim dawali dodatkowe bony na piękne jedwabne materiały. Dawali też papierosy, ale w mojej rodzinie nikt nie palił, więc wymieniliśmy je u Chińczyków na cukier i mąkę.

    Z Chińczykami wszystkim dało się handlować - opowiada starsza pani. - Jeden Japończyk mieszkał w naszym domu, bo mama wynajmowała ludziom mieszkania. Był to oficer, który służył w misji wojennej w Harbinie. Bardzo kulturalny i inteligentny człowiek. Gdy Japończycy przegrali wojnę, popełnił rytualne samobójstwo - harakiri.

    Ruskie idą!

    Zarośnięte twarze, karabiny na sznurkach, strzępy mundurów, w których trudno było rozpoznać regularne wojsko - w takim opłakanym stanie rosyjska armia wkroczyła do Harbina.

    - Nie wszyscy tak wyglądali, ale większość przedstawiała żałosny widok. Nie to, co japońscy żołnierze. Zawsze czyści, w eleganckich mundurach. Ruscy mieli na nogach strzępy butów, więc zabierali je Japończykom w zamian dając swoje. Ale dumny Japończyk wolał pójść w samych skarpetkach niż je założyć - przypomina sobie pani Jadwiga.

    Pani Jadwiga z koleżanką na spacerze w Harbinie.

    Razem z przyjściem Rosjan zaczęły się grabieże i gwałty. - Po prostu dzicz. Zachowywali się, jakby nigdy kobiet nie widzieli. Ja sama przez trzy miesiące nie mieszkałam w domu, bo jakiś ruski oficer się do mnie przyczepił. Taki wysoki i rudy., Przychodził do mamy i mówił jej, że zabierze mnie do Kijowa. A mama mu na to, że jej córka to nie walizka i nigdzie jej zabierał nie będzie. Przez ten czas ukrywałam się u koleżanki.

    Kierunek - ojczyzna

    W 1945 roku Polacy zaczęli opuszczać Harbin. Gdy coraz więcej z nich pakowało walizki, z Polski przyjechał specjalny delegat, który pomagał rodakom m.in. w sprzedaży domów i załatwianiu repatriacyjnych formalności. - Swoją drogą niezły kombinator. Musiał dobrze zarobić na tych wszystkich transakcjach. Zanim wrócił do Polski, pojechał do Pekinu i nakupił tam całą masę różnych towarów - śmieje się pani Jadwiga.

    Po powrocie do kraju wielu harbińczyków zamieszkało w Szczecinie. W tym samym budynku co pani Jadwiga mieszkał m.in. Bernard Hanaoka, dziś znany projektant mody. - Przyjechali razem z nami i mieszkali piętro wyżej. Pamiętam, jak Bernard, taki malutki, biegał po podwórku. Jego matka była moją nauczycielką rysunku w Harbinie. Potrafiła naprawdę pięknie rysować - mówi słupszczanka.

    Polakom wracającym z Mandżurii ciężko było przyzwyczaić się do nowych realiów. - To było jak uderzenie obuchem w głowę. W Harbinie było bajecznie kolorowo, a w zniszczonej wojną Polsce szaro i brudno, wszędzie gruzy i ruiny. Brakowało nam tamtych barw, smaków, zapachów, tamtej serdeczności - wspomina pani Jadwiga.
    W Szczecinie mieszkała trzy lata. Do Słupska przyjechała w 1952 roku. Tu pracował jej narzeczony. Młode małżeństwo wprowadziło się do kamienicy przy Armii Krajowej. Pani Jadwiga mieszka tam do dziś.

    Od osady do metropolii

    Harbin został założony przez Polaków w roku 1898. Byli oni świadkami wielu burzliwych wydarzeń w dziejach Mandżurii. Przeżyli m.in. powstanie Bokserów, epidemię dżumy, obalenie chińskiej monarchii, rosyjską rewolucję, podbicie przez Japonię i wkroczenie Sowietów w 1945 roku. Harbin był głównym ośrodkiem Polonii na Dalekim Wschodzie.

    Główną polską organizacją było tam Stowarzyszenie "Gospoda Polska". Były też dwa kościoły katolickie oraz polskie szkoły - podstawowa i założone w 1913 roku gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza. W mieście w rożnym okresie wychodziło aż kilkanaście pism polskich, m.in.: "Tygodnik Polski", "Kurier Wieczorny Polski" i "Echo Dalekiego Wschodu".

    Komentarze (6)

    Wszystkie komentarze (6) forum.gp24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo