Przeżyła sowieckie piekło

    Przeżyła sowieckie piekło

    Michał Kowalski

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    Scalona rodzina w Mochach. Alina w środku, w białej sukience

    Scalona rodzina w Mochach. Alina w środku, w białej sukience

    Alina Krycka urodziła się w sowieckim łagrze. Życie jej i jej rodziców to wielkie pasmo tragicznych, ale i cudownych wydarzeń.
    Scalona rodzina w Mochach. Alina w środku, w białej sukience

    Scalona rodzina w Mochach. Alina w środku, w białej sukience

    Jest rok 1944. Matka Aliny - Helena - pracuje w niemieckim szpitalu polowym w Berezie Kartuskiej. Współpracuje z podziemiem akowskim. Kradnie środki opatrunkowe, wkłada je do wiadra i przykrywa śmieciami. Wiadro zostawia w umówionym miejscu, odbiera je inna osoba. Zostaje złapana przez Niemców. Wyrok: kara śmierci.

    Ma jednak niesamowite szczęście. Niemiec, któremu nakazano ją rozstrzelać, nie wykonuje wyroku.
    W Baranowiczach wsadza ją do transportu robotników przymusowych jadących do Prus Wschodnich. - Jak się uratujesz, to twoje szczęście, a jak nie, to ktoś inny cię tam zabije - mówi do Heleny. Miała wtedy 20 lat.

    Poświęcenie i zdrada

    Młoda kobieta trafia do obozu pracy przymusowej we Frydlandzie, do fabryki sera. Poznaje tam Francuza. Tuż przed wejściem Rosjan on proponuje: "Uciekaj ze mną".

    Umówili się na spotkanie, w nocy. W tym czasie w obozie nikogo poza jeńcami i robotnikami przymusowymi już nie było. Niemcy uciekli. Przed wyjściem w ciemną noc na szyję rzuca jej się znajoma Rosjanka. - Nie opuszczaj mnie! - krzyczy. - Bo zginę. Helena zostaje.

    Szybko żałuje tej decyzji. Kiedy Rosjanie wchodzą do obozu, kobieta, dla której Helena w nim została, pierwsza rzuca im się na szyję. Mówi, że matka Aliny jest niemiecką tłumaczką. To jak wyrok.

    Helena zostaje aresztowana i wywieziona do Nidzicy. Tam w zamku krzyżackim z podobnymi sobie Polakami siedzi prawie rok. Razem z innymi kobietami odwszawia w wielkich cementowych kadziach mundury niemieckie i rosyjskie ściągnięte z trupów .

    Wróg ludu

    29 sierpnia 1945 roku jedna z osławionych sowieckich "trojek" (trzyosobowe sądy) skazuje Helenę na 10 lat łagrów i jeden rok zsyłki bez prawa powrotu. Skazano ją z osławionego artykułu 58 sowieckiego kodeksu karnego, który pozwalał na zniszczenie życia każdemu, kogo uznano za "wroga ludu", "sabotażystę" albo "zdrajcę". Jeden z twórców tego kodeksu - Mieczysław Kozłowski - ma do dziś ulicę swojego imienia w Słupsku.
    - Moi rodzice i ja cierpieliśmy tylko dlatego, że byliśmy Polakami - mówi pani Alina.

    Mała Alinka w domu dziecka w Mieżogu.

    Helena spędzi w Nidzicy jeszcze rok i do łagru w Komi zostanie wysłana w 1946 roku. W tym czasie formalnie Nidzica należała już do Polski. Ale o Helenę nikt się nie upomniał.

    Objąć drzewo

    Do Komi, dalekiej republiki sowieckiej na północy Związku Radzieckiego, więźniów wieziono pociągiem, do łagru dochodzili na piechotę.

    - Mama pracowała przy wyrębie lasu. Kobietom dawano do wyrębu tak wielkie drzewa, że mogły je objąć w sześć. Po to, by nie wyrobiły normy i dostały mniejszy przydział jedzenia - opowiada pani Krycka.

    W jednym z łagrów - w Mieżogu, Helena poznaje Stanisława Malinowskiego, chorążego Wojska Polskiego, więźnia Ostaszkowa. Uniknął rozstrzelania w 1941 roku tylko dzięki temu, że w tym czasie był przesłuchiwany na Łubiance w Moskwie. Wysłano go do łagrów. - Ponoć twardy był i butny. Ciągle go w kajdanach prowadzali - mówi pani Helena.

    Poród w 40-stopniowym mrozie

    1 października 1948 roku z tego związku w łagrze NKWD rodzi się pani Alina.
    To był drugi cud w życiu jej matki. Gdyby nie narodziny dziecka, Helena zostałaby wywieziona na Ural, do więźniów przebijających tunele przez góry. Stamtąd nikt już nie wracał.

    Niemowlę urodziło się pośród 40-stopniowego mrozu. Było całe pokryte wrzodami. Nikt nie dawał mu szans na przeżycie. Odbierające poród miały powiedzieć, że gdyby umarła, to niech nikt nie wyrzuca ciała za barak, bo to... świeże dobre mięso.

    Przeżyła. Jak? Tego nikt nie wie. - Ponoć robili mi jakieś zastrzyki z zawartości wrzodów, cięli je, owijali mnie w szmaty, żeby było ciepło - opowiada pani Krycka.
    Matka po porodzie została przeniesiona do pracy w szpitalu dla wenerycznie chorych. Tam jedynym środkiem dezynfekującym były silny mróz i jodyna.

    Helena dba o słabe niemowlę, jak tylko warunki na to pozwalają. Gdy jednak Alina kończy 18 miesięcy, przychodzą oprawcy z NKWD. Zabierają małą, matce zostawiają zaświadczenie.

    Kobieta odchodzi od zmysłów. Ojciec - Stanisław - też. Wkrótce zostaje wywieziony do jednego z piekieł sowieckiej ludowej sprawiedliwości - do Workuty. Nie wraca.

    Dzieduszka Stalin

    Alina trafia do domów dziecka. Najpierw do Mieżoga. Później przebywa na południu ZSRR, w Briańskiej, w Diatkowie, w Sielco. Pamięta z tamtego okresu obrazy, urywki historii.

    Dzieci były nagie, nie miały ubrań. Najgorszy był głód i robactwo. - Nie miałam ani jednego paznokcia, a nawet to, co odrastało, to na kocich łbach zaraz się zdarło - mówi pani Alina. - A robactwo było takie, że nie da się tego opowiedzieć.

    To były polskie dzieci, które umiały mówić tylko w języku rosyjskim, dla których ojcem i matką był dzieduszka Stalin, obecny na obrazach w każdej możliwej formie i miejscu.

    Była na przykład taka pogadanka. - Kto jest lepszy, dzieci? Bóg czy dzieduszka Stalin? - Bóg! - odpowiadały maluchy. - To krzyczcie, żeby Bóg dał wam cukierków. Dzieci krzyczą. Nic. - A teraz krzyczcie, żeby Stalin wam dał cukierków. Krzyczą. Cukierki lecą z balkonu wysypywane z wiadra przez sowieckiego żołnierza.

    Smak makaronu

    Inny obrazek - rosyjska niania każe nagim dzieciakom przez całą noc stać na betonie. Gdy proszą o łaskę, mówi: "Moskwa łzom nie wierzy".

    Albo bunt. Dzieci dostają makaron z mlekiem, rarytas. Chcą więcej. Nie dostają. Wygłodniałe, zrozpaczone, desperacko uderzają w miski metalowymi łyżkami. Wygrywają drugą porcję. Co za radość! - Smaku tego makaronu nie zapomniałam do dziś - opowiada pani Alina.

    - Moi rodzice i ja cierpieliśmy tylko dlatego, że byliśmy Polakami - mówi pani Alina.

    Pamięta też piosenki, które przyszły nie wiadomo skąd: "Poszłam do lasu po maliny, nie dostałam ich, ale znalazłam krzyż i mogiłę, która trawą zarosła, upadłam na tę mogiłę, to był grób mojej matki. Kto mi zaplecze warkoczyki?".

    Ja nie mam żadnej mamy

    Helena nie zapomniała o Alinie. Będąc uwięzioną, nie mogła jednak nic zrobić. Pierwsza odnalazła dziewczynkę koleżanka Heleny, wypuszczona z łagru. Dała jej cukierki i pestki ze słonecznika, powiadomiła matkę.

    Był rok 1955. W Polsce rozpoczęła się druga fala repatriacyjna. Koleżanka Heleny, która wróciła do kraju, podała w radiu, że Alinka żyje. Usłyszał to ojciec Heleny.
    Rozpoczęły się żmudne starania o zezwolenie na powrót Heleny i Aliny do kraju, do rodziny.

    - Usłyszałam: Ty pojedziesz w Polszu. Spotkasz swoją mamę. Zapytałam: Mamę? Jaką mamę? Ja nie mam żadnej mamy - opowiada pani Alina.

    Musiała jechać transportem do Syktywkaru. Tam zobaczyła matkę po raz pierwszy. Bała się. Gdy już we dwie wsiadły do pociągu do Polski, uciekła jej, gdy na peronie zobaczyła swoją rosyjską wychowawczynię.

    15 grudnia 1955 roku przekroczyły granicę państwa polskiego. Radość wśród ludzi jadących tym transportem była tak wielka, że padali i całowali ziemię.

    Krzyżyk, czyli kluczyk

    Zostali osadzeni z innymi repatriantami w koszarach w Nowym Sączu. Pani Alina pamięta stamtąd taki obraz: - Biegałam po tych koszarach, były tam wielkie cementowe umywalki. Znalazłam tam łańcuszek z krzyżykiem. Przyszłam do mamy i powiedziałam: Patrz mamo, kluczyk do walizki.

    Kilka dni przed świętami przyjechał po nie brat Heleny. Razem pojechali do Mochów, małej wioski w Wielkopolsce, gdzie po wojnie trafiła cała rodzina Kryckich. Radości nie było końca.

    Ojciec Heleny obiecał sobie, że jeżeli jego córka wróci, to pierwsze, co zrobi, to zawiezie ją do kościoła w Wieleniu.

    I zabrał ją tam w Boże Narodzenie. Gdy wracali wozem konnym, za mostem na małej rzeczce, dziadek trzy razy westchnął i umarł.

    Helena została wezwana na UB. Powiedzieli jej, że nikomu o niczym nie ma nic mówić, bo jeżeli piśnie słowo, to odbiorą jej córkę. Aż do 1959 roku, kiedy Helena ożeniła się ponownie, Alina nigdzie nie była zameldowana. - Byłam w powietrzu - mówi.

    Helena dostała pracę w mleczarni. Bezpieka cały czas wzywała ją na przesłuchania, aż w końcu któregoś dnia nie poszła. I dali jej spokój.

    Trafiła do Słupska

    W październiku 1964 Alina Krycka przyjechała do Słupska uczyć się. I tu już została. O swoich losach mogła opowiedzieć po raz pierwszy dopiero po 1989 roku.

    - Opowiadam swoją historię, żeby poznali ją młodzi ludzie - mówi. - Młodzież nie interesuje się historią, co jest smutne. To jest zwycięstwo PRL-u zza grobu, że tamta propaganda, która chciała zniszczyć pamięć o Katyniu, Armii Krajowej i represjach wobec ludzi walczących o niepodległą Polskę, oraz o ludziach, którzy po prostu za to, że byli Polakami, zostali przeznaczeni na zniszczenie, do dziś zbiera owoce.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (1)

    Wszystkie komentarze (1) forum.gp24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo