Słupska bezpieka chciała złamać Tadeusza Szołdrę

    Słupska bezpieka chciała złamać Tadeusza Szołdrę

    Michał Kowalski michal.kowalski@gp24.pl

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    Tadeusz Szołdra w Karczmie Słupskiej.

    Tadeusz Szołdra w Karczmie Słupskiej.

    Tadeusz Szołdra stworzył najsłynniejszą w Polsce Ludowej sieć restauracji pod nazwą "Karczma Słupska", która rozsławiła Słupsk.
    Tadeusz Szołdra w Karczmie Słupskiej.

    Tadeusz Szołdra w Karczmie Słupskiej.

    Komentarz dnia

    Komentarz dnia


    Bez uogólnień

    Michał Kowalski
    michal.kowalski@gp24.pl

    Przeszłość PRL-u nie była czarno - biała. Były też odcienie szarości. Każdy przypadek człowieka, który znalazł się na jakiejś liście jest przypadkiem indywidualnym . Nie można niczego uogólniać - tak jak pokazuje to przypadek Tadeusza Szołdry. Inna sprawa, że dzisiaj w Polsce często mówi się o donosicielach - tajnych współpracownikach, a zapomina o tych, którzy ich łamali. Wbrew twierdzeniu przeciwników rozliczeń, warto badać historię najnowszą. Wiele w niej jeszcze tajemnic i niedopowiedzeń.



    Z akt IPN, do których dotarliśmy, wynika, że w 1981 roku padł ofiarą niesamowitej intrygi bezpieki. Odwdzięczył się jej z właściwą sobie inteligencją.

    Tadeusz Szołdra urodził się w 1931 roku koło Cieszyna. Dla rodziny Szołdrów wyzwolenie w 1945 roku nie oznaczało lepszych czasów. Byli Ślązakami, czyli elementem co najmniej niepewnym - tak jak na Pomorzu - Kaszubi.

    Na studia poszedł do Częstochowy, małego ośrodka, gdzie nikomu nie mógł się narazić. Po ich ukończeniu dostał nakaz pracy do Słupska. Szybko wyrósł ponad lokalną społeczność - miał to coś, co można nazwać "iskrą bożą".

    McDoland epoki PRL-u

    Powołany przez niego w latach siedemdziesiątych Zakład Kompleksowych Wdrożeń przygotowywał gotowe restauracje "pod klucz" - łącznie z jadłospisem, ubraniami dla kelnerów i kelnerek, wystrojem wnętrza, szkoleniem kucharzy i całego personelu. - Po dwóch miesiącach tak przygotowany zakład funkcjonował na pełnych obrotach - mówi Władysław Piotrowicz, zastępca Szołdry.

    Pierwsza "Karczma" powstała w Słupsku w 1969 roku. Nazywała się "Pod Kluką". To był ukłon dla społeczności kaszubskiej. Później powstały jeszcze m.in. w Płocku, Rzeszowie, Warszawie, Poznaniu, Katowicach, Opolu, Lublinie, Bydgoszczy. Za granicą pod nazwą "Karczma Polska" funkcjonowały w Budapeszcie, Lipsku, Chicago, Rzymie i Mediolanie.

    Szołdra realizował w PRL-u coś, co można dziś nazwać - produktem marketingowym i korporacją. W 1975 utworzył pierwszą pizzerię w Polsce (istnieje do dziś na Wojska Polskiego w barze "Poranek"). - Postać nietuzinkowa. Życzliwy i konkretny, dla swoich pracowników był bardzo wymagający - wspomina Piotrowicz.

    - Pracował od rana do wieczora, był kompletnie pochłonięty własną pasją - opowiada Agnieszka Krzymuska, córka Szołdry.

    Obstawiony agentami

    Dwa lata temu z Instytutu Pamięci Narodowej ktoś wyniósł tak zwaną słupską listę agentów bezpieki. Na liście znajdujemy nazwisko Tadeusz Szołdra. Ale Szołdra agentem nie był.

    W dokumentach znajdujemy obraz człowieka, którego bezpieka chciała za wszelką cenę złamać, a gdy to nie pomogło, wciągnęła go bez żadnego zobowiązania na listę swoich współpracowników. Wyłania się z nich dramatyczna opowieść o człowieku, którego młyn historii wciągnął w swoje nie zawsze do końca zrozumiałe tryby.

    Ale zacznijmy od początku. Szołdrę, z racji częstych wyjazdów za granicę, podejrzewano, że jest "agentem krajów kapitalistycznych". W latach siedemdziesiątych SB prowadziła wobec niego sprawę operacyjnego sprawdzenia pod nazwą "Oberżysta". Nic mu nie udowodniono, ale bezpieka szukała agentów w jego otoczeniu.

    Skala zastosowanych metod do łamania ludzi jest wręcz porażająca. Gdy jeden z pracowników nie chciał się zgodzić na donoszenie, funkcjonariusze wprowadzili się do jego domu na kilka tygodni pod pretekstem obserwacji jakiegoś obiektu. Ludzie wychodzili do pracy, a SB siedziało u nich w domu.

    Pamiętam, jak go śledzili

    Machina historii upomniała się o Szołdrę w 1981 roku. Wpadał w wir intrygi, którą słupska bezpieka snuła, by złapać w sidła Jana Ryszarda Kurylczyka, ówczesnego sekretarza ekonomicznego KW PZPR w Słupsku.

    Według historyków, w czasach PRL-u służby miały przemożny wpływ na funkcjonowanie państwa i czasami były ważniejsze niż sama partia. Kurylczyk podpadł służbom, bo jako młody członek partii wpisywał się w jej nurt reformatorski.

    Na czele słupskiego SB stał wówczas pułkownik Stanisław Łukasiak (w 1984 roku był szefem KW MO w Toruniu, gdy zamordowano księdza Jerzego Popiełuszkę - musiał wiedzieć o planowanej akcji), zwolennik twardej linii PZPR. Już w 1980 roku słupska bezpieka zaczęła szukać haków na Kurylczyka. W 1981 roku upozorowano nawet włamanie do jego mieszkania, by pod pozorem późniejszych oględzin zdarzenia, dokładnie je obejrzeć. Tam funkcjonariusze trafili na meble produkowane przez ZKW Szołdry.

    Meble był przedmiotem spornym - według Zakładu Kompleksowych Wdrożeń były warte około ówczesnych 80 tys. zł, według Kurylczyka - połowę mniej. Sama bezpieka uznała, że były warte jeszcze więcej, niż uznawał to sam ZKW. To był hak, którego szukali. Akcja nabrała przyspieszenia. W maju 1981 roku do ZKW weszła Najwyższa Izba Kontroli i milicja. Kontrolerzy dopatrzyli się wielu nieprawidłowości.

    Szołdra był cały czas pod nadzorem agentów. Meldunek jednego z nich z 29 maja 1981 roku brzmiał: "Obiekt dowiadując się o wniesionym zastrzeżeniu na jego wyjazdy za granicę, wyraźnie się zamknął". - Ojciec miał cały czas ogon. Pamiętam, jak na śledzili - mówi Krzymuska.

    Próbowali go łamać

    - Nie ma wątpliwości, że chodziło o złamanie go, by na mnie donosił - mówi dziś Kurylczyk. Na tle tak błahej sprawy Szołdra, kilka dni po wybuchu stanu wojennego, trafił do aresztu w Szczecinku. Do recydywistów. Podobnie jak Kurylczyk.

    O tym, że to była sfingowana sprawa, nie ma wątpliwości Piotrowicz. - Nie wierzę, że był w coś zamieszany. Opowiem Panu taką historię - wspomina były wicedyrektor ZKW.
    - Przyjechał do Szołdry jakiś człowiek. Czekał na niego cały dzień. Wieczorem usłyszał, że ma przyjechać za dwa miesiące. Wtedy wyciągnął piękny kawał szynki i dał ją Szołdrze. A ten do sekretarki mówi: Marysiu, zważ tę szynkę, weź ją na stan i wypłać panu pieniądze. Jak taki człowiek mógł się bawić w przekręty?

    Rodzina Szołdry dowiedziała się, gdzie jest Tadeusz po dwóch tygodniach. W Szczecinku dostał do celi tajnego współpracownika. Tam odwiedzali go też funkcjonariusze SB. - Cały czas próbowali go łamać. Grozili mu, że jak nie zacznie donosić na Kurylczyka, to zrobią mu sprawę o szpiegostwo - mówi Krzymuska.

    Faktycznie, agent z celi - tw "Józek", miał wyciągnąć z Szołdry jak najwięcej informacji o jego domniemanych kontaktach z obcym wywiadem. Jego raporty były jednak tak ubarwione, że nie uwierzyła w nie nawet bezpieka.

    To nie był już ten sam człowiek

    Szołdra dostał wyrok w zawieszeniu. Wyszedł w 1982 roku. Kurylczyk wyroku nie dostał. Uznano, że cała sprawa jest pomyłką. Dostał nawet odszkodowanie za niesłuszne aresztowanie. Przekazał je na dom dziecka. Wkrótce były sekretarz ekonomiczny wygrał też proces cywilny z ZKW, które jak się okazało - omyłkowo naliczyła zbyt wysoką cenę za meble.

    Jednak Szołdra nigdy już nie wrócił do właściwego sobie wigoru. - Po jego wyjściu nastąpiła niesamowita zmiana. Został pozbawiony możliwości pracy i zarobkowania - opowiada jego córka. - To nie był już ten sam człowiek - stwierdza Piotrowicz.
    Założył własny Zakład Produkcji Wafli w Poddąbiu. Mieścił się w piwnicy domku jednorodzinnego. Powoli odżywał. - Wiesz, żebym wiedział, gdzie kakao kupić, to zrobiłbym wafle czekoladowe. Każdą ilość bym sprzedał - wspomina słowa Szołdry Piotrowicz.

    Kapitan Kuczyński nadchodzi

    Ale bezpieka nie zapomniała o Szołdrze. W 1985 roku próbowała go pozyskać na tajnego współpracownika. Pracowało nad nim dwóch oficerów - porucznik Józef Brodacki i kapitan Kuczyński. Pojawili się u niego w związku z planowanym wyjazdem Szołdry do RFN, gdzie szukał kontrahentów. Meldunek Kuczyńskiego z 7 października 1985 roku: "Szołdra wreszcie zrozumiał, że jego wyjazdy do RFN będą możliwe tylko wówczas, gdy nie będziemy mieli w tej kwestii zastrzeżeń".

    Szołdra z pewnością podjął z bezpieką niebezpieczną grę, w której okazał się zwycięzcą. Paszport dostał. Ale w grudniu 1986 r. kapitan Kuczyński musiał z żalem napisać: "Rezultat współpracy zerowy". Szołdra mówił esbekom, że może się z nimi spotykać, ale na gruncie towarzyskim.

    - Cały on - stwierdza Piotrowicz - mówi z właściwą dla siebie elegancją i inteligencją. W teczce Szołdry nie ma zobowiązania do współpracy, ani nawet najmniejszego śladu meldunku.

    Szołdra przez całe lata 80 i 90 pracował w swojej firmie. Nigdy jej nie rozwinął tak jakby chciał, bo bał się, że zbytni rozmach może rozdrażnić jego dawnych "przyjaciół" z bezpieki. Zmarł w 1994 roku.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (21)

    Wszystkie komentarze (21) forum.gp24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo