Lotnik, skrzydlaty władca

    Lotnik, skrzydlaty władca

    Piotr Czapliński

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    Kapitan Piotr Kurzyk: – Każdy z nas pilotów ma za sobą chwile grozy. Ale latanie to nasz zawód, a do tego pasja.

    Kapitan Piotr Kurzyk: – Każdy z nas pilotów ma za sobą chwile grozy. Ale latanie to nasz zawód, a do tego pasja. ©Piotr Czapliński

    - To czas, żeby znowu zacząć latać. Już dłużej nie możemy czekać. Chodzenie po ziemi nas męczy. Rozmyślaniem niczego nie zmienimy.
    Kapitan Piotr Kurzyk: – Każdy z nas pilotów ma za sobą chwile grozy. Ale latanie to nasz zawód, a do tego pasja.

    Kapitan Piotr Kurzyk: – Każdy z nas pilotów ma za sobą chwile grozy. Ale latanie to nasz zawód, a do tego pasja. ©Piotr Czapliński

    Tego, co się stało, nie cofniemy. Tak mówi kpt. Piotr Kurzyk, dowódca klucza lotniczego w 40. eskadrze lotnictwa taktycznego stacjonującej w Świdwinie.

    Jest wtorek, 29 stycznia, godzina 10. Szósty dzień po katastrofie lotniczej pod Mirosławcem, w której zginęło 20 lotników, w większości z jednostek ze Świdwina i Mirosławca.

    W biurze przepustek świdwińskiego garnizonu czekamy na kapitana Piotra Kurzyka. Wychodzi do nas, podaje rękę, po czym zawozi najbliżej pasa startowego, najbliżej samolotów. Jedziemy kilka kilometrów w głąb jednostki, do siedziby 40. eskadry lotnictwa taktycznego.

    Siadamy w ulubionym przez pilotów pomieszczeniu. Tu odpoczywają. Miękkie kanapy, lotki, na środku fotel z Su-22, pełno zawieszonych modeli samolotów, proporce, pamiątki, zdjęcia. Również tych, którzy zginęli w tej i wcześniejszych katastrofach.

    Chociaż tak możemy pomóc

    - Teraz najważniejsze to opieka nad rodzinami naszych zmarłych kolegów i pomoc dla nich - mówi kapitan Kurzyk. - Zanim przyjdzie ta z ministerstwa, to potrwa. A wiele formalności nie może czekać. Załatwiamy więc w urzędach i w jednostce co możemy za żony naszych kolegów. One teraz nie mają do tego głowy.

    Kapitan wie, co mówi. Tragicznej nocy w środę 23 stycznia był w domu dowódcy eskadry ppłk. Wojciecha Maniewskiego w Kołobrzegu. Sam mieszka w pobliżu, więc gdy od kolegi dowiedział się o katastrofie, wsiadł w samochód. Na miejscu była też żona dowódcy bazy płk. Dariusza Maciąga.

    - Wie pani, my się wszyscy znamy. To bardzo wąskie środowisko. Zamknięte. One czekały razem na wiadomość, na telefon, że może cud się zdarzył - opowiada kapitan Kurzyk. - A telewizja mamiła, że najpierw dwie ofiary, potem osiemnaście, dziewiętnaście... W końcu szans na przeżycie nie dała nikomu z dwudziestki uczestników lotu. A one czekały, bo nikt nie chciał w dowództwie tej informacji potwierdzić. Musieli mieć pewność. I ja to rozumiem. Bo na moich oczach media uśmierciły kiedyś mojego kolegę.

    To było pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Kapitan Kurzyk służył jeszcze w Marynarce Wojennej w Gdyni. Wtedy w katastrofie lotniczej miał zginąć jego kolega. Tak rozkrzyczała się telewizja. I taką informację usłyszała rodzina. Był szok i łzy. Dramat. Na szczęście wtedy wojsko mogło spokojnie zapukać do drzwi pilota i oznajmić jego żonie, że mąż przeżył. Katapultował się i już go odszukali.

    Każdy przeżył chwile grozy

    Po katastrofie pod Mirosławcem świdwińscy piloci wracają do latania. Pierwsze loty zaplanowano na środę 30 stycznia, tydzień po tragedii. Chwilowa trauma już za nimi.

    - O strachu nie ma mowy. To nasz zawód, a do tego pasja - wyjaśnia kapitan Kurzyk. - Z drugiej strony, chociaż ja sam żony nie mam, to wiem od kolegów, że teraz ich kobiety trochę bardziej niż zwykle będą martwić się o mężów. Ale my do latania wracamy. Zresztą każdy z nas pilotów ma za sobą chwile grozy, ale po to uczymy się procedur, by umieć na groźne sytuacje reagować.

    Kapitan opowiada, że raz podczas lotu zapaliła mu się lampka sygnalizująca zmniejszanie obrotów silnika. - Wtedy nie ma się nad czym zastanawiać. Trzeba szybko szukać miejsca do lądowania. Bo zagrożenie zaklinowania silnika, najprościej mówiąc jego zatarcia, jest duże.
    Te lotnicze procedury powstają często na podstawie dotychczasowych błędów pilotów. Każda katastrofa jest badana głównie po to, by ustrzec żyjących pilotów. By wiedzieli, jakie sytuacje są dla nich niebezpieczne i jak na nie reagować. - Można powiedzieć, że każda kartka takiego podręcznika nosi na sobie krew lotnika - słyszymy do kapitana Kurzyka.

    750 godzin w powietrzu jako pilot

    W katastrofie pod Mirosławcem zginęło dziewięciu pilotów, w tym sześciu związanych ze Świdwinem. Doświadczonych - jak wszyscy podkreślali - kwiat polskiego lotnictwa. Nie będzie łatwo ich zastąpić (w sumie w Świdwinie lata około 30 żołnierzy). Bo wykształcenie dobrego pilota trwa wiele lat.

    Kapitan Kurzyk pierwszy raz za sterami samolotu usiadł 15 lat temu. Dziś ma 35 lat i 750 wylatanych godzin na koncie. - Jak na ten staż mógłbym mieć więcej godzin w powietrzu, ale pod koniec lat dziewięćdziesiątych była bieda. Latało się mało z oszczędności. Teraz tego problemu nie mamy.

    Kiedy był w technikum elektronicznym w Łodzi, przeczytał w "Wiedzy i życiu" o ważkach śmierci i pomyślał, że będzie pilotem. Złożył dokumenty do Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie. Przez tę szkołę przechodzą wszyscy polscy piloci.

    Pierwsze szlify zdobywał na Iskrze. Pilot instruktor, jak u każdego nowicjusza, był w drugiej kabinie.

    - To można porównać do kursu na prawo jazdy, tylko my uczymy się w przestworzach, egzamin zdajemy z każdego wykonanego elementu osobno, a do tego teorię musimy mieć w jednym palcu - wyjaśnia kapitan. - Nie możemy nie znać oprzyrządowania samolotu. Pierwsze loty są zapoznawcze, kolejne instruktorskie, a potem te ostatnie, które wykonuje się samemu. I to od tych ostatnich zależy, czy element zaliczymy.

    Skrzywienie zawodowe

    By móc latać na Su-22, w które wyposażona jest 40. eskadra lotnictwa taktycznego w Świdwinie, kapitan musiał przejść kolejny kurs. Nie ma możliwości, by przesiąść się na inny rodzaj maszyny bez jej wcześniejszego dokładnego poznania. Na początku na Su-22 największe trudności sprawiało mu podejście do lądowania. Zdecydowanie prostszym elementem był start. Ale to standard. - Po 200 godzinach latania na kursie nie ma z tym problemów. Wsiada się do maszyny i leci.

    Zresztą świdwińscy piloci normalnie, gdy nie trzeba wyzbywać się dręczących myśli o katastrofie, uruchamiają swe maszyny cztery razy w tygodniu. Na pełnym ładunku paliwa, wynoszącym ok. 3,6 tys. kilogramów, Su-22 przelatuje około godziny. Może osiągnąć maksymalną prędkość 1,7 Maha (według przyrządów ok. 1350 km/h).

    - Po takich prędkościach w powietrzu, na lądzie samochód prowadzę zdecydowanie spokojniej - mówi kapitan. - Pozostaje tylko zawodowe skrzywienie. Non stop obserwuję, jak zachowują się kontrolki na desce rozdzielczej.

    Piotr Kurzyk zapewnia, że pilot na co dzień nie myśli o związanym z lataniem ryzyku, o życiu i śmierci. Nie myśli, ale wie, że jest. Bo katastrofy się zdarzają, tak jak ta pod Mirosławcem. I wtedy kapitan przypomina sobie słowa hymnu lotników, które zna na pamięć: "Lotnik, skrzydlaty władca świata bez granic. Ze śmierci drwi, a w twarz się życiu głośno śmieje. Drogę do nieba skraca, przestrzeń ma za nic, smutki mu z czoła pęd zwieje".

    Inga Domurat

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo