Oskarżony - kochający mąż

    Oskarżony - kochający mąż

    Marcin Bielecki

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    Dzieci już spały, gdy w sąsiednim pokoju zabijał ich matkę. Ciało ukrył w krzakach koło domu. Potem zawiadomił policję, że żona zaginęła.
    Ciało żony Adam Z. wrzucił do dołu w krzakach niedaleko domu.

    Ciało żony Adam Z. wrzucił do dołu w krzakach niedaleko domu. ©Marcin Bielecki

    Przed Sądem Okręgowym w Szczecinie za kilka dni rusza proces 35-letniego mechanika samochodowego. Adam Z. jest oskarżony o zabicie swojej żony Maryli.

    Praca była jej ucieczką

    W tym roku mieli obchodzić dziesiątą rocznicę ślubu. Poznali się na dancingu. Mieli wtedy po 20 lat. Dwa lata przed ślubem urodziła im się córka. Jej młodszy braciszek ma teraz pięć lat. Po śmierci matki i aresztowaniu ojca dziećmi zajęła się dalsza rodzina.

    Małżonkowie mieszkali w altance na terenie ogrodów działkowych na obrzeżach Szczecina. Krótko pomagała im opieka społeczna. Potem radzili sobie sami. Działkowcy mieli o nich dobrą opinię.

    - Wyglądali na kochającą się rodzinę - napisano w wywiadzie środowiskowym.
    Pół roku przed zabójstwem Maryla dostała pracę w markecie Netto. Szefowie i koledzy nazywali ją Lena. - Sumienna, zdyscyplinowana - mówili. Zaprzyjaźniła się z Agnieszką M. Czasem zwierzała się jej z problemów w domu.

    - Wywnioskowałam, że jej mąż jest bardzo zaborczy - mówiła policjantom Agnieszka M. Adam miał kontrolować telefony żony, a nawet decydować, jak ma się ubierać. - Maryla mówiła, że przychodzi do pracy odpocząć psychicznie - relacjonował jeden z pracowników marketu. Twierdziła, że w domu wszystko jest na jej głowie, bo Adam w niczym jej nie pomaga.
    Ciosy metalową rurką

    Maryla zginęła 16 maja. Tego dnia pracowała po południu. Była godz. 22.15, gdy zadzwoniła do męża z autobusu. Miał po nią wyjść na przystanek. Robił tak zawsze, gdy kończyła popołudniową zmianę.

    Podczas powrotu do domu małżonkowie pokłócili się. Według Adama Z. poszło o pracę w Netto. Był jej przeciwny. Twierdził, że w marketach ludzie są wykorzystywani. W domu zjedli kolację. Dzieci już spały w drugim pokoju. Rozmowa znowu zeszła na pracę. Zdenerwowana Maryla wyszła z altanki. Mąż wybiegł za nią. Obiecał, że więcej nie poruszy tego tematu. Nie dotrzymał słowa. Ponownie zaczął robić żonie wyrzuty. Wtedy rzuciła w niego drewnianą tacką. Chybiła. Tym razem on się zdenerwował. Pchnął ją na tapczan.

    - Porąbało cię - miała powiedzieć.

    To zdenerwowało go jeszcze bardziej. Chwycił metalową rurkę, którą używał do czyszczenia pieca. Według patologów uderzył żonę w głowę co najmniej dwa razy.

    Czyścił tapicerkę z krwi

    Taką relację Adam przedstawił podczas pierwszego przesłuchania. Jednak potem mówił inaczej. W liście do szwagierki i matki pisał, że powodem awantury była zazdrość. Miał się dowiedzieć, że żona go zdradziła. Podobno była kilka razy w ciąży. W kolejnym liście pisał z kolei: "Powiedziałem jej, że pewnie nie chce odejść z pracy, bo ze wszystkimi uprawia seks. A ona odpowiedziała, że nawet, gdyby tak było, to i tak by mnie to nie interesowało. Ona przestała się interesować domem. Coraz częściej wracała do domu pijana."

    Po zabójstwie okleił krwawiącą głowę żony workiem foliowym. Ciało włożył do bmw na tylne siedzenie. Nikt z sąsiadów nie zauważył, jak taszczył zwłoki do samochodu. Planował wywieźć je z dala od domu. Potem jednak wrzucił je do dołu w krzakach. Dwieście metrów od altanki.

    - Przestraszyłem się tego, co zrobiłem. Postanowiłem upozorować napad na żonę - mówił.

    Jej torebkę oraz worek foliowy wyrzucił do śmietnika, kilkanaście kilometrów od domu. Rurkę i zakrwawiony koc z tapczanu utopił w oczku wodnym obok altanki. Szczoteczką do zębów wyczyścił zakrwawioną tapicerkę bmw. Kilka dni po zabójstwie wyrzucił też tapczan, na którym zabił żonę.

    Poszukiwania

    Kilka godzin po zabójstwie zadzwonił do szwagra. Była czwarta na ranem. Pytał o żonę. Dzwonił na pogotowie i policję. Dzień później złożył oficjalne zawiadomienie o zaginięciu małżonki.

    W poszukiwania Maryli zaangażowała się cała rodzina. W mediach i na ulicach pojawiły się komunikaty o zaginionej. Adam Z. sam rozklejał ulotki z jej zdjęciem. Kilkakrotnie odwiedził też sklep, w którym pracowała. Wypytywał o nią pracowników. Pewnego razu zapytał, kiedy na jego konto może być przelana jej pensja. To pytanie wydało im się dziwne. Rodzina zauważyła, że z każdym dniem zaangażowanie męża w poszukiwania słabnie.

    Mąż znajduję żonę

    Maryli Z. szukano dwa tygodnie. - W końcu miałem tej sytuacji dość. Postanowiłem rodzinie pomóc w odnalezieniu ciała - mówił Adam podczas przesłuchania. Z budki telefonicznej w centrum miasta zadzwonił do szwagierki. Zmienionym głosem powiedział, że ma informacje o poszukiwanej kobiecie. Twierdził, że był świadkiem sceny, w której dwóch mężczyzn próbowało z forda transita wyrzucić jakieś ciało.

    Gdy zorientował się, że nie podał miejsca zdarzenia, zadzwonił jeszcze raz. Tym razem nagrał się na sekretarkę. Podał miejsce. - Tam jest jakiś biały but i bardzo śmierdzi - powiedział.

    Podobny telefon wykonał do szwagra. Za każdym razem zmieniał głos. Szwagier zawiadomił policję. Ciało Maryli znaleziono 31 maja po południu. Z powodu upałów ze zwłok został tylko szkielet. Kobietę rozpoznano po ubraniu i obrączce na palcu. Kilka godzin później zatrzymano Adama Z. Od razu przyznał się do winy. Na wizji lokalnej szczegółowo opowiadał, jak zabijał. Pokazał, gdzie wyrzucił torebkę, koc, tapczan i metalową rurkę.

    Zmarnowałem swoje życie

    Adam Z. pochodzi z tzw. dobrej rodziny. Matka pracowała jako salowa. Ojciec był malarzem. Jego brat popełnił samobójstwo w wojsku.

    W szkole nie miał kłopotów. Nie pił i nie ćpał. Po piątej klasie wyjechał z rodzicami do Niemiec. Tam skończył zawodówkę. Został mechanikiem samochodowym. Do Polski wrócił mając 19 lat. Imał się różnych zajęć. Nigdzie długo nie zagrzał miejsca. Był kierowcą karetki pogotowia, montował tusze do drukarek. Przed aresztowaniem zajmował się konserwacją mebli. Nie miał stałej umowy. W młodości był cztery razy razy karany za kradzież. W więzieniu spędził ponad rok. Miał tam dobrą opinię. W liście do matki pisze: "Wiem, że zmarnowałem swoje życie. Mam nadzieję, że moje dzieci będą miały lepsze. Moje organy niech wezmą na przeszczepy."

    Przewiduje, że sąd skaże go na 20 lat więzienia. Wyliczył sobie, że jak wyjdzie na wolność, będzie miał 54 lata.

    Według psychiatrów, gdy zabijał, był poczytalny. Grozi mu dożywocie.

    Mariusz Parkitny

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (3)

    Wszystkie komentarze (3) forum.gp24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo