Dramat w przedszkolu - dzieci pokłuły się igłami

    Dramat w przedszkolu - dzieci pokłuły się igłami

    Bartłomiej Kudowicz

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    - Co roku trafiają do nas dzieci, które podczas zabawy pokłuły się zużytymi igłami - mówi Jacek Smykał, ordynator oddziału zakaźnego w Zielonej Górz

    - Co roku trafiają do nas dzieci, które podczas zabawy pokłuły się zużytymi igłami - mówi Jacek Smykał, ordynator oddziału zakaźnego w Zielonej Górze. ©Bartłomiej Kudowicz

    - Teraz pół roku będę umierała w niepewności, czy dziecko jest zdrowe - płacze jedna z matek.
    - Co roku trafiają do nas dzieci, które podczas zabawy pokłuły się zużytymi igłami - mówi Jacek Smykał, ordynator oddziału zakaźnego w Zielonej Górz

    - Co roku trafiają do nas dzieci, które podczas zabawy pokłuły się zużytymi igłami - mówi Jacek Smykał, ordynator oddziału zakaźnego w Zielonej Górze. ©Bartłomiej Kudowicz

    Aby oszczędzić dwóm maluchom i ich rodzicom kolejnych nieprzyjemności, nie podamy szczegółów umożliwiających identyfikację. Ich dramat rozpoczął się w zeszły poniedziałek, gdy z innymi bawiły się na przedszkolnym placu.

    Zawinęła w worek i do kosza

    - Znalazły tam trzy zużyte igły, obok brudną strzykawkę - opowiada matka. - Igły miały kapturki ochronne, których moje dziecko nigdy wcześniej nie widziało. Dlatego je zdjęło. Nakładając z powrotem, ukłuło się w palec. Igły schowało do pudełka po zapałkach.

    - Maluchy poinformowały nauczycielkę, że jeden z nich bawi się pudełkiem od zapałek. Natychmiast je zabrała. W środku były zabezpieczone igły - wspomina dyrektorka placówki. - Po chwili inny przedszkolak przyniósł strzykawkę, również znalezioną na placu. Żaden nie zgłosił, że bawił się tymi igłami. A tym bardziej, że się pokłuł! Przecież wtedy inaczej byśmy zareagowali.

    Ze sporządzanego dzień później protokołu wynika, że wszystkie znalezione przedmioty przedszkolanka zawinęła w foliowy worek. Na końcu wrzuciła go do kontenera.
    Igły były upaprane krwią

    - Nikt z personelu nic nam, rodzicom nie powiedział o tym zdarzeniu. Ja dowiedziałam się przypadkiem. Od dziecka - wspomina matka. - Wracaliśmy autem z przedszkola i rozmawialiśmy, że tak pięknie świeci słoneczko, że na pewno byli na placu zabaw. Moje dziecko powiedziało, że tak. I że znalazło tam jakieś igły i strzykawkę. Boże, to był szok! Natychmiast zawróciłam. Na moją prośbę przedszkolanka przyniosła skądś te trzy igły. Były całe upaprane krwią! Upadłabym, gdyby nie mąż. Pędem pognaliśmy do szpitala.

    - Nie wiem, czy rzeczywiście dzieci pokłuły się tymi igłami - mówi dyrektorka. - Przecież gdyby tak było, to by powiedziały. Do znudzenia uczymy je zasad bezpiecznego postępowania. Powtarzamy, jak się zachować...

    - Nie mam żadnych wątpliwości. Zarówno to dziecko, jak i kolejne, które trafiło do nas następnego dnia, miało ślady ukłucia. Minimalne, ale były - informuje Jacek Smykał, ordynator oddziału zakaźnego Szpitala Wojewódzkiego w Zielonej Górze.

    Sześć miesięcy dramatu

    W przypadku takiego kontaktu z obcą krwią odział zakaźny wszczyna obowiązkową procedurę medyczną. Profilaktyka przeciwwirusowa potrwa około sześciu miesięcy.

    - Obejmuje standardowe badania krwi. Po pierwszym moje dziecko płakało, że nie chce być narkomanem - relacjonuje matka. - Tabletki bierze rano i wieczorem. W sobotę i niedzielę nastawialiśmy budzik, by podać je dokładnie co do minuty. To konieczne, choć wiem, jak bardzo mogą być szkodliwe dla wątroby, szpiku kostnego, trzustki...

    - W związku z tą sprawą mnie od tygodnia boli serce, byłam u kardiologa - zwierza się dyrektorka. - Dramat. My przecież tak bardzo dbamy o czystość. Na nasz teren wchodzą obcy, zostawiając potłuczone butelki, przeróżne śmieci. Dlatego plac codziennie czyści woźny, ale i pracownicy interwencyjni. Nawet kosza na śmieci tam nie postawiliśmy, żeby któreś dziecko czegoś niebezpiecznego nie wyciągnęło.

    Nie zostawimy tak tej sprawy

    Rozmawialiśmy również i z ojcem drugiego z pokłutych dzieci. Powiedział, że do gazety nie ma nic do dodania w tej sprawie.

    - Ja nie mogę, nie chcę tego tak zostawić. Dla dobra innych dzieci - mówi matka drugiego malucha. Napisała prośbę do urzędu miasta o zabezpieczenie terenu placówki przed obcymi. Choćby wyższym ogrodzeniem, o które przedszkolanki prosiły od kilku lat.

    - Zostanie zamontowane w poniedziałek. Już są na to pieniądze, bo dyrektorka natychmiast zgłosiła nam, co się stało. Sanepidowi również - relacjonuje jej przełożony, naczelnik wydziału oświaty i spraw społecznych zielonogórskiego magistratu Jerzy Gaweł. - Nie wyciągnę żadnych konsekwencji, bo to mogło wydarzyć się w każdym innym przedszkolu.

    - Zużyte igły, porzucone przez narkomanów, są wszędzie - opowiada ordynator Smykał. - Przed każdą zabawą w każdej piaskownicy radziłby je rodzicom dosłownie przeorać grabkami. Zawsze, każdego roku mamy kilkoro dzieci przypadkowo pokłutych. To nasi stali pacjenci, szczególnie wiosną.

    - Dlatego nie zostawimy tak tej sprawy - mówi Gaweł. - Zwołuję spotkanie ze wszystkimi dyrektorami. Uczulę, by place były przed zabawą dokładnie oglądane.

    Katarzyna Borek

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze (2)

    Wszystkie komentarze (2) forum.gp24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo