Dziecko, gdzie jesteś?

    Dziecko, gdzie jesteś?

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    Ani dziecka, ani grobu - przez łzy mówi Danuta Zioło. - Od ćwierć wieku nie było ani jednego dnia, żebym w myślach nie przywoływała mojego Marcinka.

    Ani dziecka, ani grobu - przez łzy mówi Danuta Zioło. - Od ćwierć wieku nie było ani jednego dnia, żebym w myślach nie przywoływała mojego Marcinka.

    Tylko w ubiegłym roku w Polsce zaginęło bez wieści 200 dzieci w wieku od 7 do 13 lat. Marcin Zioło z Brzegu zniknął 25 lat temu.
    Ani dziecka, ani grobu - przez łzy mówi Danuta Zioło. - Od ćwierć wieku nie było ani jednego dnia, żebym w myślach nie przywoływała mojego Marcinka.

    Ani dziecka, ani grobu - przez łzy mówi Danuta Zioło. - Od ćwierć wieku nie było ani jednego dnia, żebym w myślach nie przywoływała mojego Marcinka.

    Mama wciąż wierzy, że go odnajdzie.

    Ani dziecka, ani grobu - przez łzy mówi Danuta Zioło. - Od ćwierć wieku nie było ani jednego dnia, żebym w myślach nie przywoływała mojego Marcinka.

    18 marca 1983 roku Danuta Zioło koło piętnastej odebrała swojego 6-letniego synka z przedszkola. Chłopczyk jak zwykle w drodze powrotnej do domu przy ul. Górnej 1 w Brzegu podskakiwał, co raz spoglądał za siebie dużymi brązowymi oczami i szeroko uśmiechał się do mamy.
    A ona zastanawiała się, skąd w tych ciężkich kartkowych czasach wziąć wiosenne buty dla dziecka i co jutro ugotuje na obiad. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że za chwilę to wszystko przestanie być ważne.

    Zostawiła Marcinka pod domem, żeby chwilę pobawił się z kolegami, ale kiedy zawołała go koło pół do czwartej, nie usłyszała odpowiedzi. Ubrała się i wybiegła na podwórko, potem do pobliskiego parku. Co jakiś czas dostawała zadyszki, bo była prawie w czwartym miesiącu ciąży z drugim dzieckiem. Zrobiła jeszcze jedno okrążenie tą samą trasą. W końcu usłyszała od dzieci, że synek pobiegł nad Odrę. Rzeczywiście były tam jakieś maluchy, ale Marcina wśród nich nie było… Po godzinie razem z mężem zawiadomili milicję.

    18 marca 1983 roku Brzeg postawiono na nogi - 120 żołnierzy, 60 policjantów, strażacy i harcerze szukali dziecka. Tego dnia i przez kilka następnych po mieście jeździła milicyjna "szczekaczka", głos z megafonu informował o zaginięciu chłopca i apelował o pomoc w jego odnalezieniu. Marcinka szukano wszędzie, także w Odrze i na jazach. Miesiącami obserwowano rzekę, badając, czy nie wyrzuci gdzieś ciała.

    23 grudnia 1983 roku, dzień przed Wigilią, pani Danuta zobaczyła Marcinka. Na ekranie, w migawce tłumu w "Rozmaitościach". W archiwum Komendy Powiatowej Policji w Brzegu jest zdjęcie z kliszy zrobione w studiu wrocławskiej TVP. To telewizyjne oraz dla porównania inne zdjęcie, z którego spogląda pogodny Marcinek, brzeska milicja przesłała do ekspertyzy.
    - Przy ówczesnym stanie techniki eksperci z Komendy Głównej Milicji orzekli, że nie są w stanie ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, że to ten sam chłopczyk - mówi Mirosław Dziadek, oficer prasowy brzeskiej policji.

    Milicja sprawdzała jeszcze wiele innych sygnałów - miał być w bunkrze, ktoś go widział, jak był wciągany do "taryfy". Ale żaden ślad się nie potwierdził. - Milicja sprawdziła też piętnastu mężczyzn, którzy byli karani za czyny lubieżne lub pedofilię, każdy z nich miał alibi - dodaje Mirosław Dziadek.

    Nadzieja umiera ostatnia

    Miesiąc po zaginięciu Marcinka pani Danuta poroniła. - Naczynia mi pękały, krew lała mi się nosem i ustami - opowiada kobieta.

    - Patrzyłam, jak rówieśnicy Marcina szli do pierwszej klasy, potem do komunii. Dla mnie czas się zatrzymał. Nosiło mnie. Chodziłam nad rzekę, to na most. Nie chciałam żyć. Uratował mnie nasz proboszcz, przemówił mi jakoś do rozumu. No to chciałam znowu być w ciąży, ale mój lekarz mi mówi: kobieto, twoje serce kolejnej ciąży nie wytrzyma. A ja bez dziecka nie mogłam wytrzymać. Prawie każdej nocy śniło mi się, że w wózku znowu woziłam Marcina… A za dnia na ulicy wśród dzieci go szukałam. Do pracy też już nie wróciłam, po tych przeżyciach do niczego się nie nadawałam. Przez kilkanaście lat Marcinka rzeczy wisiały w szafie, nie docierało do mnie, że jak wróci, to będzie już dużym chłopakiem.

    W starych milicyjnych raportach pojawia się zapis, że Danuta Zioło odwiedziła jasnowidza. Powiedział jej, że Marcinka uprowadził starszy mężczyzna z Oświęcimia - dla swojej młodej konkubiny, która zapragnęła dziecka. Jasnowidz podał nawet ulicę i numer domu, w którym mieszka porywacz. Milicja pojechała to sprawdzić, ale "wizja" okazała się bzdurą.

    - Tylu jasnowidzów odwiedziłam, ale tylko jeden był wiarygodny - opowiada 61-letnia dzisiaj kobieta. - Powiedział, że wezmę sobie dwoje dzieci na wychowanie, w tym jedno chore. I to się sprawdziło. Powiedział też, że odnajdę żywego Marcina.
    W rodzinie pani Danuty niepełnosprawna kobieta urodziła dziewczynkę. Odebrano ją i oddano do domu małego dziecka.

    - Pomyślałam, że ją wychowam - opowiada. - Choć mówili mi, że jak matka nie taka, to dziecko będzie chore. Pytam lekarzy, a oni mówią: dziewczynka zdrowa, a głupich ludzi nie trzeba słuchać.

    Patrzy na zdjęcie ślubne Karoliny i się uśmiecha. - Dobra z niej dziewczyna - opowiada o córce. - Fachu się wyuczyła, średnie też zrobiła. Jestem z niej dumna. A ta nasza niepełnosprawna krewna w ośrodku pomocy społecznej urodziła jeszcze jedną dziewczynkę. Kiedy ją zabraliśmy, miała trzy lata i jeszcze nie chodziła. A mężowi nawet nie powiedziałam, że dziecko ma porażenie mózgowe. Co miałam robić, przecież nie zostawię, kiedy to rodzona siostra Karoliny.

    Przerywa na chwilę opowieść, patrzy przez okno. - A jasnowidz powiedział, że znajdę Marcina - dodaje. - Ja wiem, że on żyje.

    Danuta Zioło od 25 lat co miesiąc kontaktuje się z policją, pyta, czy nie ma jakiegoś sygnału o Marcinie, chociaż cała dokumentacja trafiła do archiwum. Policja już go nie szuka.

    Najgorsza ta niepewność

    Agnieszka Adamska wyszła z domu w Bażanach pod Kluczborkiem cztery lata temu. Miała 17 lat. - 23 lutego obchodziłaby 21. urodziny - mówi Anna Adamska, jej matka. - Od kiedy zniknęła Agnieszka, nie było w naszym domu ani jednych świąt. Ani jednego normalnego dnia. Tego, co czuję, nie da się opisać. Czekam chyba tylko na cud.

    10 maja 2004 r. Agnieszka zabrała paszport, ale żadnych ubrań. Nic wcześniej nie wskazywało na to, że opuści dom. Po tygodniu wysłała tylko list z Opola. Następny z Włoch, potem z Niemiec, a po kolejnych dwóch dniach z francuskiego Lyonu. Ale od tego czasu nie daje już żadnych oznak życia.

    - Ten list z Lyonu nadszedł dwa dni po weselu najstarszej córki - opowiada Anna. - Przed ślubem było zamieszanie, w domu remont… - milknie, zamyśla się i po chwili dodaje: - Ale Agnieszka cieszyła się na to wesele.

    Pani Anna drżącą ręką kładzie na stół dwa ostatnie zdjęcia Agnieszki. - To z gimnazjum, a to już z zawodówki - mówi. - Zaledwie rok różnicy, a jak bardzo się zmieniła. Czy ja ją poznam? Najgorsze, że być może jest okaleczona, a ja jej na ulicy nie zauważę. Być może cierpi na zanik pamięci, nie może trafić do domu. Ta niepewność - znowu nie może pohamować łez - czy ona kiedykolwiek wróci. To gorsze od śmierci.

    Była już wszędzie. W "Itace", w "La Stradzie", trafiła też do TVN, do programu Ewy Drzyzgi. Odprawiono też msze na Jasnej Górze w intencji odnalezienia Agnieszki. - Niech mi tylko ktoś powie, gdzie mam jej szukać! - mówi już szeptem.

    Zadzwoniła do detektywa Krzysztofa Rutkowskiego. Jak żyje, to ją odszukam - usłyszała. - Tylko że podał mi taką sumę, jakiej ja na oczy nie widziałam! - mówi Anna Adamska.

    Od czterech lat nie śpi spokojnie. Podczas rozmowy trzyma w ręce uspokajające tabletki. Odkąd córka zaginęła, nie rozstaje się z nimi.

    - Wolę zadzwonić do Komendy Głównej Policji w Warszawie, bo jak dzwonię do naszych, w Kluczborku, to mnie już traktują jak intruza - mówi kobieta. - Od początku o zaginięciu Agnieszki powiadomiony jest Interpol. Ale z policjantem od poszukiwań bardzo trudno się skontaktować osobiście, ma nadmiar pracy.

    Ratunek w Archiwum X

    Poszukiwaniem osób zaginionych zajmują się komendy powiatowe policji. Tylko ile czasu mogą na to poświęcić, skoro borykają się z brakami kadrowymi? Są też inne problemy...

    - Policja, działając według swoich przepisów, ma bardzo często niewielkie możliwości i związane ręce - przyznaje Katarzyna Smól z "Itaki", Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych. Z poszukiwaniem jest jednak z każdym rokiem lepiej. Do naszego rejestru trafia tysiąc spraw rocznie, a do policji 15 tys. wszystkich zaginionych.

    Przypadek zaginionego przed 25 laty Marcina z Brzegu mógłby trafić do tzw. policyjnego Archiwum X, które zajmuje się nierozwiązanymi sprawami sprzed lat. Należy sporządzić tzw. portret progresji (po upływie odpowiedniego czasu). Przy obecnym poziomie techniki na wiele z takich spraw można rzucić nowe światło. W przypadku dziewczyny? Znamy przypadki, że młodzi ludzie nawet po kilku latach jednak się odnajdują.

    nto.pl

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo