Czar dżinsów z PRL-u

    Czar dżinsów z PRL-u

    Zdjęcie autora materiału

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    W najlepszych czasach pracowało tu prawie tysiąc osób. Zarobki były wyższe, niż w stoczni. "Odra" znika z centrum Szczecina.
    - Codziennie tramwajem będę przejeżdżała koło dawnego budynku Odry. Jestem pewna, że popłynie niejedna łza - przyznaje Krystyna Szypuła.

    - Codziennie tramwajem będę przejeżdżała koło dawnego budynku Odry. Jestem pewna, że popłynie niejedna łza - przyznaje Krystyna Szypuła.

    - Pracuję tu od zawsze. Żal opuszczać centrum miasta. Nie ma innego wyjścia, trzeba się przeprowadzić - mówi Krystyna Szypuła.

    W Odrze pracuje od 1973 roku, zaczęła zaraz po szkole średniej. Pamięta czasy świetności firmy, palącą się Kaskadę i upadek zakładu, kiedy na jego czele stał prezes Henryk Waluś.

    To ona ratowała firmę, prowadząc rozmowy z delegatami Skarbu Państwa. Dzisiaj Odra jest niewielkim zakładem, zatrudniającym 120 osób. Jeszcze w kwietniu zajmowała dwa piętra okazałego budynku.

    Miałyśmy swoją stację

    - Kiedyś szyliśmy na dwie zmiany, w każdym zespole było po 80 osób. Mieliśmy wszystko: tokarnię, stolarnię, mechaników, samochody rozwożące towar, nawet stację benzynową i najnowocześniejsze maszyny do szycia - opowiada pani Krystyna.

    Odra krótko należała do Dany. Szybko się usamodzielniła. Zaczynała od szycia odzieży roboczej, by przejść na garnitury z wysokogatunkowej wełny. Potem weszła arizona - nowy materiał, który zmienił oblicze zakładu.

    - Przyszłam tu na praktykę, tylko na pół roku. Zostałam do dziś - wspomina Zuzanna Sikorska. Zaczynała na początku lat 70-tych.

    Od czasów arizony, na wyroby firmy mówiono zmianę "odrzaki" lub "szariki". Ciuchy z materiału udającego dżins były marzeniem młodych mężczyzn, których nie było stać na Pewex. Odra zatrudniała nawet dwóch plastyków, którzy projektowali odzież wzorowaną na zachodnich wyrobach. Pół męskiego Szczecina chodziło wówczas w kompletach: spodnie i sportowa bluza.

    Sztuka prania w ciapki

    Kolekcja Odry z 1975 roku Komplety letnie w wersji eleganckiej.

    Kolekcja Odry z 1975 roku Dżins nie musiał być w kolorze blue. Najmodniejsze było połączenie czerni z kontrastowymi dodatkami. Obowiązkowo - suwaki.

    - Prawdziwy szał zaczął się jak weszły marmurki. Każdy chciał je mieć mówi Zuzanna Sikorska. - Co myśmy nie robili, by uzyskać taki materiał! Znaliśmy wszystkie zakłady pralnicze na terenie Szczecina.

    Z fabryki przychodził normalny dżins. By go fantazyjnie powycierać, trzeba było eksperymentować na własną rękę z chlorem. Najpierw stolarnia zrobiła specjalne kosteczki, które prano razem z materiałem. Materiał wyglądał świetnie. Jednak metoda okazała się nie najlepsza, w tkaninie szybko robiły się dziury. Po setkach eksperymentów postawiono na piłeczki pingpongowe. Dżins, prany w mieszaninie chloru z dodatkiem chińskiego plastiku, nabierał wreszcie odpowiednich kolorów.

    Druga młodość dżinsów zaczęła się, kiedy weszły w modę plecionki.

    - Materiałowe warkoczyki wszywałyśmy gdzie popadnie - mówi pani Zuzanna. - Wszyscy je pletli. Ale moda szybko się skończyła.

    Ubierałyśmy gwiazdorów


    Kolekcja Odry z 1975 roku Komplety letnie w wersji eleganckiej.

    - Jak przyjeżdżał znany aktor, piosenkarz, wyjeżdżał od nas z komplecikiem ciuchów szytym na miarę - mówi pani Ania, która odeszła z pracy na początku lat 80-tych. - Uwielbiali nas. Oczywiście wszystko mieli za darmo. W takim stroju to nawet na Zachód nie było wstyd wyjechać. To był prawdziwy hit.

    Kolejki po dżinsowe cuda ustawały się przed sklepami od świtu.

    - Byłyśmy uprzywilejowane, dostawałyśmy specjalne bony na nasze wyroby - przypomina pani Ewa, która w firmie pracuje do dziś. Mógłby ktoś pomyśleć, że szyjąc tak długo ciuchy dżinsowe, nie będziemy mogły na nie po pracy patrzeć. Ale mój mąż był taki dumny ze swojego kompletu. Wszyscy koledzy mu tej kurtki zazdrościli.

    Szefowie formy myśleli o rozbudowie. Obok miał powstać kompleks rekreacyjny.

    Cudowne lata 70-te

    - Dzisiaj mamy zamówienia na kilka sztuk, bardzo krótkie serie. Wtedy szyło się tysiące. Pamiętam zamówienie do Związku Radzieckiego na 100 tysięcy kompletów. Dwie zmiany szyły to przez ponad miesiąc - opowiada Krystyna Szypuła.

    Potem przeszło drugie zmówienie na 200 tysięcy kompletów. Między partiami była tylko jedna różnica - klapka przy kieszeni nie była w szpic, ale zaokrąglona. W firmie panowała wówczas niewyobrażalna ciasnota. Wykorzystany był każdy kąt. Od piwnic po dach. Administracja narzekała, że biurko stoi koło biurka. Nikt jednak nie szukał innej pracy.

    W Odrze dobrze się zarabiało i zawsze było miejsce w przedszkolu dla dzieci. Ale o etat tu nie było łatwo. Co roku "odzieżówkę" kończyło 7 klas, w każdej prawie 30 dziewczyn. Do Odry przyjmowano najwyżej 10 kobiet, drugie tyle do Dany. To były dwa najlepsze zakłady pracy, oferujące wynagrodzenie większe, niż mieli stoczniowcy.

    - Najlepsza była popołudniowa zmiana w sobotę - wspominają kobiety. - Przy maszynach siedziało się już z wałkami na głowie. Kończyłyśmy pracę około 18 i ruszałyśmy w miasto. Co tydzień szłyśmy tańczyć, zwykle do Kaskady. Balowaliśmy do rana. Młodość szumiała nam w głowie, o rachunek nigdy nie musiałyśmy się martwić. Nie to, co teraz.

    Ściana ognia za oknem

    - Cholera, znowu spalili kotlety!!! - denerwowały się panie, które wyszły na chwilę na papierosa. Kiedy kucharzom Kaskady zdarzała się kulinarna wpadka od razu czuć ją było w całym budynku Odry. Tym razem nie były to kotlety.

    - Zobaczyliśmy przez okno ścianę ognia. Ludzie uciekali w kapciach, baliśmy się, że wybuchnie gaz - mówi pani Zuzia. - Ściana, która sąsiadowała z Kaskadą była zastanowiona belami materiału. Nikt nie patrzył ile to waży, przenosiłyśmy dżins, by uratować co się da.

    Dach, wiadrami wody polewali mężczyźni z krojowni. Oni widzieli jak z okien Kaskady wyskakują ludzie. Kilku zbiegło na dół, by ratować.

    - Do rana laliśmy wodę, by nasz budynek się nie zajął. Do dzisiaj mam przed oczami tę tragedię - pan Stanisław ociera oczy. Od 10 lat jest na emeryturze. Kiedy odchodził z pracy, kończyła się złota era Odry.

    Przeprowadzka

    Dzisiaj średnia wieku w Odrze dochodzi do pięćdziesiątki. Panie świetnie się znają, potrafią się pokłócić, popłakać, ale nikt nie odchodzi. W takim wieku niełatwo znaleźć pracę. Przeżyły tu wszystko. Zgodnie twierdzą, że najlepiej było za prezesa Józefa Kubiszyna. Była praca i zarobki. Firma kwitła. W latach 90-tych zamówienia spadały, maszyny się psuły i nikt nie miał pomysłu co dalej. Na czele zakładu stanął Henryk Waluś. Dwa lata później cała Polska widziała, jak zaprzyjaźnieni stoczniowcy wywlekali go zakładu. Miesiącami nie płacił pensji.

    - To zupełny przypadek, że w 2002 roku zostałam prezesem - mówi teraz Janina Słomiak. - Znam wszystkie dziewczyny.

    Firma płaci swoje zobowiązania. Zarobki nie są wysokie, ale przynajmniej trafiają na konta bez dnia zwłoki.

    - Codziennie będę musiała tędy przejeżdżać. Na początku na pewno będzie ciężko. Pracowałam w tym miejscu 35 lat. Szmat czasu przyznaje pani Krystyna. Firma przeprowadza się na Gdańską. Odra przeznaczona jest do rozbiórki. W tym miejscu powstanie Centrum Handlowe Kaskada. W czerwcu rozpocznie się wyburzanie budynku. Kawałek Szczecina przejdzie do historii.

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo