Dziękuję ci mamo

    Dziękuję ci mamo

    Andrzej Szkocki

    Głos Pomorza

    Aktualizacja:

    Głos Pomorza

    Córka i matka.

    Córka i matka. ©Andrzej Szkocki

    - Nigdy nie prosiłam, żeby mama dała mi swoją nerkę - mówi Anna. - W razie czego, to ja się już nażyłam - stwierdziła pani Jadwiga.
    Córka i matka.

    Córka i matka. ©Andrzej Szkocki

    Chcemy rozmawiać z rodziną

    Chcemy rozmawiać z rodziną


    dr Tomasz Śluzar, chirurg transplantacyjny
    i szef zespołu transplantacji nerek ze szpitala wojewódzkiego przy Arkońskiej

    - Szczecin jest jednym z najsilniejszych ośrodków transplantacyjnych. Tutaj też pozyskuje się znaczącą część wszystkich nerek przeszczepianych w Polsce. Około 70 proc. z nich przeszczepiamy chorym z innych regionów kraju. Lekarzom po prostu chce się rozmawiać z rodzinami. Takich wyników nie mają nawet uznane ośrodki medyczne w Warszawie, Krakowie czy Lublinie. Pozyskiwanie organów do przeszczepów jest bardzo trudne. Pacjent umarł. Bicie jego serca wymuszane jest przez leki, maszyna wykonuje ruchy oddechowe, skóra jest ciepła. Umarł jednak nieodwracalnie pień mózgu, co stwierdza specjalna komisja złożona z lekarzy. Rozmowa z rodziną zmarłego jest wtedy niezmiernie trudna.



    Szpital przy ul. Arkońskiej w Szczecinie. Pod łóżkiem 30-letniej Anny Wałęgi - zgrzewka wody mineralnej. - Ja jeszcze nie musiałam jej ograniczać - mówi pani Anna.

    Chorzy na niewydolność nerek, którzy są dializowani, cierpią zwykle na widok butelki napoju. Nie mogą w pełni zaspokoić pragnienia. Pani Anna miała szczęście; dopiero zaczynała dializy. Koszmarem były za to niekończące się infekcje. Ciągle była w szpitalu.

    - Nerki zniszczyła mi cukrzyca. Kłopoty zaczęły się w 2002 roku. Miałam złe wyniki. Poszłam do nefrologa i już nie było wątpliwości, że przestały działać - opowiada.

    Córka cierpiała

    - Nigdy nie prosiłam mamę, żeby mi dała swoją nerkę. O tym się nie rozmawiało - mówi pani Anna.

    Lekarze planowali, że pacjentka dostanie organ od zmarłej osoby. Żaden jednak się nie nadawał.

    - Byłam już umęczona cierpieniem córki. Nie myślałam o sobie. W razie czego - myślałam - to ja się już nażyłam - wspomina swoje rozterki przed podjęciem decyzji pani Jadwiga Iwanicka, mama pani Anny. - W końcu postanowiłam, że dam córce własną nerkę. Z mężem nawet o tym nie rozmawiałam. To była sprawa między mną a córką.

    Decyzję o przeszczepie podejmowała w trudnym okresie. Media donosiły właśnie, że bokser Przemysław Saleta, który podarował nerkę swojej córce, ma problemy zdrowotne. Pani Jadwiga przesunęła wtedy zabieg do momentu, aż przejdzie na emeryturę.

    - Miałabym się z czego utrzymać, gdyby coś poszło nie tak - wyjaśnia. Lekarze doskonale to rozumieli.

    - Często się krytykuje nasze społeczeństwo, że mniej chętnie zgadzamy się na przeszczepy rodzinne, niż na przykład mieszkańcy Norwegii. Ale trzeba zrozumieć, że nasze społeczeństwo jest inne. Ludzie boją się nie tylko cierpienia, ale też powikłań. Tego, że stracą pracę, nie będą mieli z czego utrzymać rodziny. Norweg o takie rzeczy się nie martwi. Jeśli coś się stanie, dostanie rentę - mówi dr Tomasz Śluzar, chirurg.

    W domu czeka synek

    Rok dializowania w ośrodku w Gryficach. Trzy razy w tygodniu po 4 godziny. - Co córka przyszła z dializy, to płacz - mówi pani Jadwiga. - To się przetoka nie przyjęła, to zakażenie od cewnika. Ciągle w szpitalu, a w domu sześcioletni syn.

    Jadwiga Iwanicka ma 56 lat. Mieszka obok córki w Rzęskowie pod Gryficami. - Jak Ania leżała w szpitalach, to opiekowałam się wnukiem. A teraz ani babci ani mamy - śmieje się pani Jadwiga.

    Ją także spotykamy w szpitalu. Od przeszczepu minęło zaledwie kilka dni. Pani Jadwiga nie leży już na szpitalnym łóżku. Przyszła w odwiedziny do córki. Obie są w dobrych humorach.

    - Wyniki są bardzo dobre. Pacjentka jest już prawie zdrowa. Musi jednak poleżeć u nas trzy tygodnie na obserwacji - mówi dr Jerzy Chłodny, nefrolog, który opiekuje się panią Anną.

    Pani Anna nie może się już doczekać powrotu do domu, gdzie czekają na nią mąż,
    synek i ojciec.

    Bliski daje więcej

    Bliski daje więcej


    W Polsce zaledwie 2-3 procent nerek do transplantacji pozyskuje się od osób żywych. Na świecie jest inaczej. W Niemczech to nawet 35 proc., w Norwegii - połowa. W naszym województwie - zaledwie kilka rocznie. Główna zaleta takich przeszczepów, to krótki czas niedokrwienia organu. Organ przeszczepiony od członka bliskiej rodziny przyjmuje się lepiej, będzie dłużej funkcjonował.



    - Muszę nadrobić zaległości w opiece nad synkiem. On już chyba w ogóle zapomniał, że ma mamę, tak rzadko mnie widuje - mówi pani Anna.

    Pierwsi w Polsce

    Pani Jadwidze pobrano nerkę w Klinice Urologii na Pomorzanach. To był wyjątkowy zabieg. Zastosowano metodę laparoskopową. Laparoskopia jest dziś powszechnie stosowana, ale w Polsce jeszcze nikt nie pobierał w ten sposób nerki.

    - Przygotowywaliśmy się do takiego zabiegu 14 lat. Trochę długo nam zeszło - opowiada prof. Andrzej Sikorski, kierownik Kliniki Urologii, pod którego kierunkiem operował dr Marcin Słojewski. - Właśnie 14 lat temu w naszym ośrodku, jako pierwsi w Europie, usunęliśmy nerkę tą metodą.

    Pobranie nerki do przeszczepu teoretycznie niewiele się od tego różniło. Zamiast 10-centymetrowego cięcia, było kilka nakłuć brzucha przez które wprowadzono narzędzia. Przez 4-centymetrowe nacięcie w niewidocznym miejscu pobrano organ.

    Nie chcieliśmy jej okaleczyć

    Aby przeprowadzić taką operację, potrzeba było lat przygotowań. - Ciążyła na nas ogromna odpowiedzialność, bo narząd pobieraliśmy od zupełnie zdrowej osoby. Nie chcieliśmy więc jej okaleczyć, ale sprawić, by żyła jak najdłużej i mogła pracować - mówi prof. Sikorski. - No i ważne było, by córka miała pożytek z nerki.

    Dzięki laparoskopii, pani Jadwiga nie tylko szybko wyszła ze szpitala, ale też lepiej się czuje.

    - Laparoskopia, to metoda, która najmniej okalecza - mówi prof. Sikorski. - Rana pooperacyjna to duży problem. Tutaj go zminimalizowaliśmy. Podobnie jak związany z zabiegiem stres.

    Zaraz jednak dodaje, że z jedną nerką można normalnie żyć.

    W ciągu ostatnich 10 lat, w szpitalu przy Arkońskiej przeprowadzono zaledwie 9 przeszczepów rodzinnych. Lekarze liczą, że to się zmieni. Zachętą dla żywych dawców może być to, że organ będzie pobierany od nich w sposób znacznie bezpieczniejszy i mniej urazowy, niż dotąd. Czas powrotu do zdrowia również jest znacznie krótszy.

    Anna Miszczyk

    Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

    Komentarze

    Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    GP24 poleca

    Wideo